piątek, 25 kwietnia 2014

Kącik Piwnego Melomana - BURZUM - Hvis Lyset Tar Oss

Piątek wieczór, za oknem słoneczna pogoda, ale słońce już zachodzi i za chwilę zapadnie zmrok. To najodpowiedniejszy czas, by włączyć jakąś mroczną płytę. W moim wypadku jest to przegenialny album Burzum, który nosi tytuł 'Hvis Lyset tar Oss'. Jest to czwarta płyta w dorobku Burzum. 


Kawałki, które znalazły się na 'Hvis Lyset Tar Oss' zostały nagrane w 1992 roku, a sam album został wydany dwa lata później za sprawą Misanthropy Records. Ja, w swoim zbiorze płyt, mam winyl ze zremasterowanymi kawałkami z roku 2008, wydany nakładem Back On Black, o numerze bocznym BOBV)*&LP. Ciekawostką sztuki, którą ja akurat posiadam, jest fakt, że na winylu są przyklejone naklejki z trzeciego albumu Burzum, czyli 'Det Som Engang Var'. Można rzecz, że mimo pomyłki wytwórni, to taki 'biały kruk', choć w przypadku tej płyty określenie 'biały' chyba niezbyt pasuje. 


Na albumie udziela się tylko i wyłącznie pomysłodawca Burzum, czyli Kristian Vikernes, znany bardziej jako Varg Vikernes oraz Count Grishnackh (wokal, gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe i perkusja). Jak widać to taki, chyba mogę to tak ująć, Mike Oldfield black metalu.

Na albumie znajdują się tylko 4 kompozycje, ale za to jakie. Stronę A otwiera czternastominutowe srogie, mosiężne misterium o tytule 'Det Som En Gang Var'. Utwór na przestrzeni kwadransa, mimo ciągłego 'grimnessu', zmienia swoje oblicze. Z początku posępny, przydługi i lekko usypiający, od trzeciej minuty atakuje genialnymi riffami, potem feeria dźwięków, zmian rytmu. Klawisze w tle, niczym te z utworu 'Seventh Son of a Seventh Son' Iron Maiden, wprowadzają nas w tajemnicze rubieże północnych krańców świata. Do tego wokal Varga, przywołujący na myśl nordyckie czarownice i wiedźmy. No a końcówka, ostatnie riffy gitarowe, to po prostu cudowna pogańska poezja. Następne, potężne osiem minut należą do numeru tytułowego, który mimo faktu iż jest bardzo dobry, jest jakby jednowymiarowy. Teraz czas na stronę B. Otwarcie, to dla mnie jeden z najwspanialszych kawałków Burzum w ogóle. Chodzi oczywiście o 'Inn I Slottet Fra Droemmen'. Utwór, który według mnie, podzielony jest na dwie części. Na początku mamy chaos, który na ostatnie trzy minuty przepoczwarza się w cudowne melodyjne, 'blekmetalowe' granie. Riffy gitarowe w połączeniu z perkusją i dudnieniem klawiszy ... ehhh, no mamy tu klimat nie z tego świata. Album wieńczy numer, który był pierwszym z dyskografii Burzum z którym miałem styczność, a było to jakieś 19 lat temu. Jest to, wspaniały ambientowy utwór 'Tomhet'. Słuchając go od razu oczarowałem się. Gdy słyszałem o Burzum, to wszyscy mówili, że to jest potężna metalowa miazga, a tu taki elektroniczny, fantastyczny, kosmiczny klimat. Ten także podzielony na trzy części, z której znowu ta druga, a szczególnie trzecia najbardziej mi się podobają. Genialne dźwięki wydobywające się z gór, fiordów, lasów i łąk prowadzą nas poprzez ten piękny, nadnaturalny, czarodziejski, nieosiągalny dla nas obszar. Utwór relaksuje, uspokaja, pozwala zapomnieć o otaczającym świecie, skłania do refleksji i kontemplacji. Dla mnie bardzo magiczna i fenomenalna kompozycja. 
 
Brzmienie na albumie nie jest z tych, które można usłyszeć na imprezach typu 'Audio-Show'. Jest srogie, szorstkie, brudne, momentami trudne w odbiorze, jakkolwiek takie musi być. Klimat na płycie jest fantastyczny. Przez trzy kwadranse Varg czaruje nas i opowiada historię Północy, tego wszystkiego co było wcześniej, co obecnie skrywa mrok. Słucha się genialnie. Dla mnie najlepszy numer w historii Burzum.
 


W przyszłym tygodniu coś lżejszego wam zaproponuję.

2 komentarze:

  1. Oooo piwko i genialna muzyka! Dla mnie także, to najlepsza płyta Burzum. Nie wyobrażam sobie okresu jesienno-zimowego bez niej - zawsze wracam do tych czterech kawałków. Pozdro!

    OdpowiedzUsuń