środa, 21 sierpnia 2019

Z wizytą w browarze Green Head w Działdowie

w ostatnią sobotę, miałem okazje odwiedzić pewne urokliwe miasteczko, położone na krańcach województwa warmińsko-mazurskiego. Tą miejscowością było Działdowo. Powód mojej wizyty dość prosty. Zaproszenie od kosmicznej ekipy browaru Green Head w osobach Kamila Wałęki, Dominika Połecia i Przemka Baranowskiego. Ci trzej międzygalaktyczni piwni zieloni ludkowie, ostatnimi czasy dopieścili swój piwny zakład i postanowili się spotkać ze mną, by mi pokazać miejsce, gdzie realizują swoją życiową pasję. 


Do Działdowa, do browaru, wybrałem się wraz z trzypokoleniową, wesołą kobiecą gromadką. Mimo, że dawne Soldau to niezbyt duży gród, to jednak, miałem pewne problemy ze znalezieniem browaru. Mieści się on przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie 30D. Podążając tą właśnie ulicą dotarłem do pewnej znanej firmy mleczarskiej i musiałem zadzwonić do browaru o dalsze instrukcje, gdyż nigdzie nie widziałem budynku, w którym mógłby mieścić się browar. Po szybkiej instrukcji, stojąc na parkingu mleczarni, olśniło mnie. Browar znajdował się naprzeciw mnie, po drugiej stronie wiaduktu, oddzielającego browar od wspomnianego zakładu. 


Po dotarciu do wskazanego miejsca, oczom mym i moich trzech towarzyszek ukazał się parterowy, pawilonowy budynek o elewacji w jedynym słusznym kolorze, a mianowicie ... zielonym. Naprawdę nie rozumiem, jak mogłem nie skojarzyć od razu i nie trafić bez zbędnego dzwonienia. Byłem tak zaoferowany tym faktem, że nie zrobiłem fotki browaru z zewnątrz. Wybaczcie. Ekipa browaru Green Head, dzieli wspomniany wyżej budynek, z innymi podmiotami gospodarczymi, zajmuje jednak jego większą część. 

Po tak niespodziewanych perturbacjach związanych z dotarciem do browaru, na miejscu czekało na nas niesamowicie miłe, serdecznie powitanie i zaproszenie do środka. Browar zajmuje niewielką powierzchnię i będąc w środku, od razu wiemy, że mamy do czynienia z prawdziwym rzemiosłem. Największą część browaru zajmuje pomieszczenie mieszczące całe machinarium służące do warzenia, fermentowania i leżakowania piwa. Wszystko produkcji lokalnej. Mieści się w nim trzynaczyniowa warzelnia, w skład której wchodzi kocioł zacierno-warzelny o wybiciu 26 hektolitrów, kadź filtracyjna oraz whirlpool. Ciekawostką jest fakt, że kocioł ma kształt prostopadłościanu.



Na wyposażeniu browaru mamy także pięć zbiorników fermentacyjno-leżakowych o pojemności 20 hektolitrów każdy. Jak mi powiedziano, podczas mej wizyty, liczba ta wkrótce ulegnie zmianie, gdyż w najbliższym czasie pojawią się dwa kolejne, coś dość znacznie zwiększy moce przerobowe 'zielonogłowych', a także pozwoli na wprowadzenie nowych piw do portfolio. 




Pośrodku tej największej hali znajduje się 'kołowrotek', czy maszyna do rozlewu piwa oraz stolik z ręczną kapslownicą. Ten ostatni proces rozlewu, jak to ma miejsce w większości bardzo małych browarów, odbywa się metodą chałupniczą, wziętą prosto z piwowarstwa domowego. Tu mechanizacji nie ma. Pracują tylko i wyłącznie ludzkie ramiona i dłonie. No, ale przecież to kraft, więc nie oczekujmy pełnej automatyzacji. 




Poza tym, w browarze mamy także magazyn słodu wraz ze śrutownikiem, magazyn piwa gotowego i pomieszczenia socjalne. 

Jak można zauważyć, po dwóch już wrzuconych zdjęciach, znakiem rozpoznawczym ekipy Green Heada są maski zielonych przybyszów z Piwplanety. Są dosłownie wszędzie, no ale w końcu chłopaki warzą kosmicznie dobre piwo. Dali się poznać z takich piw jak: Cosmic IPA (West Coast IPA - równie dobra, jak moja ulubiona z Browaru Ukiel), Green Shaman (New Englad IPA), Green Harvest (Juicy Weizen), Headshot (Fruit Ale), czy Green Venom (Oak Aged Extra Milk Stout). Tego ostatniego, chcieliby pić codziennie Cronos, Mantas i Abaddon (wtajemniczeni wiedzą o co i kogo chodzi). Jak sami twórcy piw stwierdzili, bliżej im znacznie do piw jasnych, mocno chmielonych, bardziej rześkich, niż do ciemniejszej strony mocy, co akurat mi się bardzo podoba. Piwa dostępne są nie tylko na rynku lokalnym, ale także w dużych ośrodkach miejskich, rozsianych po różnych stronach Polski. 


Podczas wizyty, mieliśmy okazję skosztowania świeżutkiego New Englanda, który w ten dzień, w tą pogodę, w tak zacnym towarzystwie, smakował wyśmienicie. Żal tylko, że tego dnia było się kierowcą, więc degustacja ograniczyła się do skromnych ilości. Tego kłopotu, nie miały za to, kobiety będące ze mną, co sprawiło, że wizyta w Green Head, jeszcze bardziej im się podobała.  W ogóle zwróćcie uwagę na poniższe zdjęcie i to, jakie firmowe szkło ma w swojej ofercie browar. Prawda, że bardzo ładne?


Browar, mimo faktu, że na rynku jest około roku, już dorobił się wiernych fanów i tak naprawdę wszystko sprzedaje na pniu, a ich piwa nagradzane są na najbardziej prestiżowym polskim, poznańskim Konkursie Piw Rzemieślniczych. W zeszłym roku zdobyły dwa medale, złoty w kategorii Session IPA oraz brązowy w kategorii Stout/Porter z dodatkami. Chłopacy mogą także pochwalić się drugim miejscem w Viking Brewmaster Challenge w 2018 roku. 


Jak widać, browar rozwija się prężne, bardzo dobrze warzy, ekipa ma wielki dystans do tego co robi i jak robi i jest przyjaźnie, mimo groźnie wyglądających zielonych głów, nastawiona do miłośników dobrego piwa. Widać, że warzą naprawdę z wielką pasją, a zarazem z uśmiechem na twarzy. Dobry humor to znak rozpoznawczy tej ekipy. Cieszy to bardzo, tym bardziej, że jest to nasz lokalny browar. 


 Dominik, Radek, Przemek i Kamil


Interesującym, z historycznego punktu widzenia, jest fakt, że byłem pierwszym blogerem, który odwiedził ich browar, co było dla mnie bardzo miłe i nobilitujące. Wspominali, że mieli nadzieję na rychłą wizytę mojego kumpla po fachu Michała Marandy z Polskich Minibrowarów, jednakże 'Docent' podczas swojej ostatniej, letniej wizyty na Warmii i Mazurach, z nieznanych mi przyczyn nie dotarł do Działdowa. Korzystając zatem z okazji, odcisnąłem swój znak, ku pamięci oraz informacyjnie dla tych, którzy w przyszłości będą wizytować browar i oznaczyłem swoim logo kocioł. Taki znak przyjaźni blogersko-browarnej - 'Tu byłem. Browarnik Tomek'. 

 
Tych, którzy wolą patrzeć, niż czytać i chcieliby zobaczyć i usłyszeć sympatycznych browarników, zapraszam także na projekcje krótkiego filmu, który nakręciłem podczas wizyty w Działdowie. Wierzę, że przypadnie wam do gustu.


Podsumowując moją (naszą) wizytę, było to przemiłe popołudnie w Działdowie, w browarze Green Head. Podobało się i smakowało nam wszystkim. Pozytywna energia, którą dzielą się chłopacy, przeszła na nas wszystkich i z uśmiechem na twarzy oraz greenhedowymi giftami wracaliśmy do do domu. 

Tych którzy chcieliby spotkać się z Kamilem, Dominikiem i Przemkiem, zapraszam już  dziś do Olsztyna na trzeci Olsztyński Festiwal Piw Rzemieślniczych, który odbędzie się w najbliższy piątek i sobotę (23-24 sierpnia), gdzie browar Green Head będzie się się wystawiał wraz ze swoimi super piwami. Zapraszam także do Działdowa, gdzie także można spotkać się, przybić piątkę i porozmawiać z kosmicznie fajną ekipą. Wasze zdrowie!

sobota, 10 sierpnia 2019

Święto Warmińskiego Piwowara 2019 w Dywitach

Pierwsza sobota sierpnia to czas kiedy, jak co roku, wielkie piwne święto w podolsztyńskich Dywitach, a dokładniej Święto Warmińskiego Piwowara, którego organizatorem jest Gmina Dywity i niezwyciężony mistrz ceremonii Jacek Niedźwiecki.


Tego dnia, do Dywit przyjechało 8 browarów: trzy olsztyńskie, czyli Kormoran, Warmia i Ukiel, Mazurski z Ełku oraz debiutanci, czyli Chmury z Giżycka (dzielił stoisko z olsztyńskim sklepem Ćwiartka), Green Head z Działdowa oraz kontraktowi Last Bell z Pasłęka i Heilsberg z Lidzbarka Warmińskiego. Pierwsze cztery z nich święto dywickie traktują szczególnie, gdyż jest to jedyny lokalny festiwal piwa, na którym mogą się razem spotkać, powymieniać doświadczeniami, a także liczyć na tłum odwiedzający ich stoiska. Dość powiedzieć, że ile by piwa se sobą nie przywieźli, to i tak zawsze wypróżniają się do końca, że tak to delikatnie ujmę. W tym roku było podobnie

Wszystkie browary przywiozły po kilka pozycji piw beczkowych oraz szeroki wachlarz piw w butelkach. Ja sam, mimo że miałem chrapkę na wszystkie piwa lane, a przynajmniej na wszystkie od browarów debiutantów, to jednak z uwagi na bogactwo urodzaju, nie sprostałem wyzwaniu, a browary naprawdę przywiozły ciekawe pozycje, wspomniawszy chociażby o takich tuzach,, jak: Witbier i West Coast IPA z Ukiela, West  Coast IPA z Green Head, Pszeniczne chmielone na zimno chmielem Huell Melon z Mazurskiego, czy bardzo dobre, moim zdaniem, New England IPA z Last Bell. Ciekawymi pozycjami okazały się Hefeweizen z Chmur i Hoppy Lager z Heilsberga. Przyznać to muszę, Warmia i Mazury, pod względem piwowarskim, potrafią bardzo mocno naprężyć muskuły. 















 
Jak wspominałem powyżej, tłumy mieszkańców Dywit, Olsztyna i innych miejscowości nawiedziły festiwal i kilka chwil po rozpoczęciu lania piw, przy każdym stoisku stworzył się dość długi ogonek. Podobnie rzecz się miała przy stoiskach towarzyszących, czyli u Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Terenowego Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, u bosego chłopa, który serwował swoje domowe piwo, prosto z dębowej beczki, którą odszpuntowywał wójt Gminy Dywity. Dużym zainteresowaniem cieszyło się także stoisko z nalewkami, winami, likierami El Tiburon, Baby Pruskie z Wielbarka i Ani Zielarki z Blanek. Oczywiście, konsumpcja piwa ciężko się odbywa bez udziału jadła, więc wszystkie stoiska serwujące regionalne i nie tylko smaki, były także dość mocno oblegane.




Jak co roku, degustacji piwa i spożywaniu wszelkiej maści smakołyków, towarzyszyła oprawa muzyczna. Do dywit zjechały tacy przedstawiciele sceny muzycznej jak: Bridge Band, Bownik, Bakshish oraz Harlem. Muszę szczerze przyznać, że najbardziej mnie zaskoczył i to in plus, Bownik. Ja sam oczekiwałem na scenie Adama Bownika, przedstawiciela nurtu muzyki elektronicznej (dziwiłem się co będzie robił na piwnej biesiadzie), a tu pojawił się całkiem inny Bownik, którego występ bardzo mi się spodobał. 

 
Jak co roku, tłum nawiedził dywicki plac wokół stodoły. Mam wrażenie, że w tym roku padł kolejny rekord, bo ludzi, jak to się mówi, było 'milion'. Wśród odwiedzających, oczywiście cała masa znajomych, którzy z racji obecności lokalnych browarów, starają się nie odpuszczać tego wydarzenia. 










Impreza w Dywitach, to także czas finału Warmińskiego Konkursu Piw Domowych, który w tym roku odbył się już po raz siódmy. Do konkursu zgłoszono piwa w czterech kategoriach, czyli: rosanke (jest zawsze), APA z herbatą, niskoalkoholowe APA oraz polskie pszeniczne. Zwycięzcą w najważniejszej kategorii, czyli rosanke, okazał się, tak jak rok temu Ireneusz Misiak, który będzie miał okazje ponownie przemysłowo uwarzyć swoje piwo, ale tym razem w Browarze ... Heilsberg. Nie chcę wchodzić głęboko w temat, dlaczego tradycja warzenia rosanke w Browarze Kormoran została przerwana, ale przyznać muszę, że jestem dość mocno zaskoczony tym faktem. Niemniej, czekam, niecierpliwie, na zwycięskie piwo z Browaru Heilsberg.

Podczas święta w Dywitach, spotkałem się z moim serdecznym kumplem po fachu Michałem Sułkowskim z bloga Kilka słów o piwie, który w tym samym czasie gdy ja warzyłem z Ukielem Witbiera, on współpracował z Hoppy Beaver, tworząc piwo More Than Words, czyli autorską wersję Hazy APA. Spotkanie w Dywitach, było okazją do piwnej wymiany. Michał także zgrabnie napisał kilka słów o Święcie Warmińskiego Piwowara na swoim blogu.

  
Podczas Święta Warmińskiego Piwowara po raz pierwszy nagrywałem filmy i plan był taki, by z każdym browarem nagrać krótką rozmowę, jakkolwiek, jak to w takich wypadkach bywa, następuje złośliwość rzeczy martwych i mikrofon odmówił mi posłuszeństwa, a właściwie to baterie, które się rozładowały i kilka filmów nagrało się bez głosu. Tu, przyznać muszę, że najbardziej żałuję rozmowy z Kamilem Wałęką z Browaru Green Head - ehh, wierze, że nadrobimy podczas odwiedzin browaru w Działdowie. To, co zostało uwiecznione, przedstawiam poniżej. 


Podsumowując biesiadę w Dywitach, muszę szczerze wam wyznać, że jest to dla mnie, jedna z najwspanialszych piwnych imprez na świeżym powietrzu, w jakich biorę udział. Genialne piwo, dobre jadło, fantastyczni ludzie, super muzyka oraz przesympatyczna, swojska, lekko przaśna atmosfera. Dość powiedzieć, że ekipa Mazurskiego Browaru, powiedziała mi wprost, że w ciągu sześciu godzin trwania festynu w Dywitach, sprzedała dużo więcej piwa, niż podczas trzech dni festiwalu we Wrocławiu, to musi o czymś świadczyć. Podobnie zresztą wypowiadali się Green Headczycy, którzy byli baaardzo zaskoczeni przyjęciem i popularnością swoich piw. Ja wiem jedno, będę robił wszystko by nie opuścić żadnej z kolejnych edycji Święta Warmińskiego Piwowara i zrobię wszystko by wspierać tę imprezę ze wszystkich sił. Wszystkich tych, którzy nigdy nie mieli być okazji w Dywitach, zapraszam już za niecały rok. Wasze zdrowie! 

wtorek, 30 lipca 2019

Z wizytą w Fat Fish w Da Nang

Właśnie zauważyłem, że ostatnio, z wielu różnych powodów, zapomniałem o tym, by kontynuować temat mojego ostatniego urlopu i tego, co słychać w wietnamskim krafcie. Dziś nadszedł ten czas, by nadrobić zaległości i przedstawić wam kolejny ciekawy lokal w Da Nang, który serwuje bardzo dobre piwo. Mowa jest o restauracji Fat Fish, w której oprócz dobrego jedzenia znajdziemy cztery krany, z których leje się naprawdę genialne piwo.


Do Fat Fish trafiłem w sumie przez przypadek, a dokładnie szukając lokalu za potrzebą. Tak szedłem do 7 Bridges, które znajduje się dosłownie kilka drzwi od Grubej Ryby, która to zlokalizowana jest przy 439 Tran Hung Dao Street, którą to w trakcie bardzo szybkiego, pełnego sprintu wręcz spaceru, ujrzałem lokal, który przykuł mój wzrok. Szybko wparowałem do wnętrza, od razu spoglądając na bar i cztery krany i wiedziałem, że tu się na dłużej rozlokuję. Ale najpierw ... 

Wróćmy do Fat Fish. Otóż jak wspomniałem powyżej, Gruba Ryba, to lokal, który łączy w sobie restaurację i typowy bar. Wnętrze prezentuje się nader luksusowo, co u maniaka piwa, może wywoływać dziwne doznania. Jednakże, obsługa w tym lokalu, szybko wprowadza przesympatyczną atmosferę. 

 
W Lokalu można napić się piwa lanego, jak i tego z butelek. Na kranie dostępne piwo z browaru Heart of Darkness z Ho Chi Minh City. Na czterech kranach, znajdziemy takie piwa, jak: Kurtz's Insane IPA, Dream Alone Pale Ale, Dream Alone Pale Ale, Pitiless Folly Pale Ale oraz dolniak Conquistador's Mexican Lager. Prawda, że bardzo ciekawy zestaw?



Piwo można zamawiać w dwóch pojemnościach: 225 mililitrów (55 tysięcy dongów / około 9 PLN) oraz 325 mililitrów (95 tysięcy dongów / około 15 PLN). Jak widać, bardziej się opłaca brać kilka maluchów, niż większą pojemność. Można także zamówić sobie deskę próbek składającą się z trzech różnych piw z nalewaka, za sumę 160 tysięcy dongów, czyli około 26 PLN. 

Wszystkie cztery piwa, okazały się wyśmienitymi, choć moim zdaniem, najlepszym, najbardziej wyrazistym, najprzyjemniej goryczkowym piwem była IPA. Tak mi zasmakowała, że skusiłem się na trzy sztuki. Szczerze mówiąc, obawiałem się, że będą to średnie piwa, zważywszy na fakt, jak się potem dowiedziałem, że Heart Of Darkness leją w wielu lokalach. Jednakże moje obawy były niczym nie poparte. piwa okazały się świetne.






To, co dodatkowo bardzo mi się podobało, to fakt, że do każdego z dostępnych na kranach piw, dawano dedykowaną podkładkę, różną dla obu pale ale, ipy oraz lagera. Naprawdę, chciałbym by polskie browary i knajpy wzięły dobry przykład z tej praktyki. 


Do degustacji, do każdego piwa, w lokalu podawane są orzeszki ziemne, co jest zresztą powszechnie stosowaną praktyką w większości lokali z piwem w Wietnamie. Sięgając sześć razy po piwo ze stajni Heart Of Darkness, dostałem sześc porcji fistaszków.  Miłe, prawda? 

Wszystkiemu temu towarzyszy bardzo miła obsługa, która chętnie opowiada o piwie, zadaje pytani, puszcza świetną muzykę, obdarowuje serdecznym uśmiechem i zachęca do robienia zdjęć w lokalu, bez jakiejkolwiek krępacji. Na moje pytanie, czy mogę kupić sobie jedno z dostępnych szkiełek browaru, sięgnęła na półkę po pokala i po prostu mi go wręczyła, a dodatkowo dorzuciła nowe podstawki piw. Naprawdę bardzo, ale to bardzo miło mnie to zaskoczyło. Dodatkowo, widząc, co dzieje się za oknami, a właściwie drzwiami, poprosili byśmy wyszli na zewnątrz, bo tam akurat matka natura odkrywała przed nami swoje moce i niesamowite piękno. Tego dnia, wraz z moją połówką, byliśmy świadkami chyba najwspanialszego zachodu słońca w życiu. Niebo bawiło się wręcz barwami, a my cieszyliśmy się tym zjawiskiem, stojąc po drugiej stronie ulicy, przy brzegu rzeki, z piwami w dłoniach, mając świadomość, że tu picie na ulicy, nie jest karane. Spójrzcie sami, jak to pięknie się prezentowało.

Nie było nam dane skosztować kuchni w lokalu, ale to głównie ze względu na fakt, że mieliśmy wielką ochotę na owoce morza i różnego gatunku ślimaki i lody ... na deser, które czyhały na nas niedaleko, na nocnym markecie, do którego udaliśmy się po degustacji fantastycznych piw z Heart Of Darkness.

Podsumowując, Fat Fish to genialne miejsce do przyjemnego spędzania czasu, serwujące doskonałe piwo, gdzie obsługa jest bardziej twoim znajomym, kumplem, niźli tylko barmanem, czy kelnerem. Naprawdę polecam to miejsce. Nie zawiedziecie się.


Wasze zdrowie!