czwartek, 5 lutego 2026

Z wizytą w browarze Farsons Brewery w Birkirkara

Drugim maltańskim browarem, który odwiedziłem będąc ostatnio na wyspie, był ten największy, czyli Farsons. Browar znany między innymi z piwa Cisk, najpopularniejszej piwnej marki na Malcie. 
 
Farsons, to zlepek dwóch słów, a mianowicie nazwiska rodziny założycielskiej, czyli Faruggia oraz słowa Sons (synowie), które wspólnie tworzą słowo Farsons właśnie. Od samego początku, czyli od roku 1928, browar jest w maltańskich rękach i jak dotąd, nie należy do żadnego międzynarodowego koncernu. 
 

Browar mieści się w małej miejscowości (zresztą wszystkie maltańskie miejscowości są małe) Birkirkara. Jak w tego typu browarach bywa, browar otwarty jest na turystów, ale zwiedza się to, co chcą nam pokazać, czyli bardziej muzeum, niż właściwy browar. Tak samo jest właśnie w przypadku Farsons Brewery. Browar otwarty jest na turystów codziennie, w godzinach 10:00-18:00, a bilet wstępu kosztuje 15 euro. W cenie mamy degustację pięciu warzonych na miejscu piw. 
 

W trakcie wizyty, najciekawszym co można zobaczyć, jest zabytkowa warzelnia, w której zainstalowanych mamy w sumie pięć kotłów i kadzi, które to jeszcze kilka lat temu były głównym sprzętem używanym do warzenia miejscowych piw. Od kilku lat są obiektem muzealnym, a warzenie odbywa się w nowoczesnej hali, w nowych zabudowaniach, do których, niestety, turyści nie mają wstępu. Niemniej jednak trzeba przyznać, że stara warzelnia jest piękna i ma w sobie duszę. Zresztą zobaczcie sami.
 





 
Warzelnia, moim zdaniem jest clou całej wycieczki i warto się w niej zatrzymać na dłużej. Wycieczka jest osobista, bez przewodnka, bez dużej grupy osób, więc można tą warzelnią rozkoszować się dłużej. 
 
Poza nią, jak to jest w tego typu muzeach, dowiadujemy się sporo o historii miejsca. Ukazanych jest nam cała masa artefaktów, starych etykiet, szkiełek do piwa i ogólna filozofia browaru, w postacci różnego rodzaju plansz, i tym podobne. Informacje może i ciekawe, jakkolwiek duża ilość przekazywanych wiadomości do osobistego przefiltrowania. 
 



Ja zbytnio tego nie słuchałem, bo jakoś średnio mnie interesowały gadki o tradycyjnych recepturach, wyselekcjonowanych ziarnach zbórz i szyszkach chmielu, więc po wizycie na warzelni i zrobieniu kilku innych fot, udałem się na piąte piętro, gdzie znajdował się firmowy pub, czyli miejsce, gdzie na zwidającego czekała darmowa degustacja pięciu różnych miejscowych piw, każde o pojemności 150 mililitrów, jak dobrze pamiętam
 
 
W dniu mojej wizyty, na kranach dostępne były takie piwa, jak: jasny lager, pils, Amber Ale, IPA oraz Strong Ale. Wszystkie piwa były ok, choć jak się pewnie domyślacie, nie było w nich zbyt dużej liczby fajerwerków, ale nie było też wad i tego, co możemy napotkać w naszych piwach koncernowych. Najbardziej, jak pewnie się domyślacie, zasmakowała mi 'ipka', którą dzień wcześniej wypiłem pół literka w jednym z maltańskich pubów. Niestety, nie trafiłem na degustacji na Milk Stout, a taki też jest w ofercie browaru. No szkoda, ale może nie mam czego żałować. 
 
 
Jak to w tego typu miejscach bywa, przy wejściu, a zarazem wyjściu, mamy sklepik firmowy, w którym możemy kupić właściwie wszystko, a mianowicie warzone na miejscu piwo, szkło do piwa, koszulki, bluzy, skarpetki, czapki, pocztówki i całą masę innych gadżetów firmowych. Do tego, bo browar z tego słynie, można zakupić puszeczki i butelki Kinnie, czyli miejscowego napoju, przypominającego colę, który to także powstaje w browarze. Bardzo dobry napój, tak naprawdę. 
 
Podczas wizyty, krążąć pomiędzy piętrami, na trzecim z nich, mijamy mały rzemieślniczy browar The Chapels, który jest krftowym dzieckiem Frason Brewery, ale o nim więcej napiszę podczas następnego wpisu.
 
Podsumowując, Farsons Brewery, to wycieczka głównie w przeszłość, gdzie pięknie zachowane pomieszczenie warzelni, jest najjaśniejszym punktem zwiedzania i dla której to warto wybrać się do Birkirkary. Każdy fan piwa, będąc na Malcie, musi odwiedzić to miejsce.

wtorek, 3 lutego 2026

Z wizytą w browarze Mad Scientist w Budapeszcie

Jest w Budapeszcie takie miejsce, które mieści się w dyskrykcie 10 tej węgierskiej stolicy. Nazywa się Kőbánya. Jest to miejsce nad wyraz ciekawe ze względu browarniczego, a to dlatego że w bardzo niewielkiej odległości od siebie, zlokalizowane są trzy zaprzyjaźnione z sobą browary, a mowa o Mad Scientist, Horizont Brewing oraz HopTop Brewery. Jak do tego dodamy zlokalizowany troszkę dalej Browar Drehera (Asahi), to możemy mówić o zagłębiu browarnym w tejże części miasta. 
 
W tym odcinku, zabiorę was do pierwszego z tych browarów, czyli do Mad Scientist. Ekipę browaru miałem okazję poznać już dwa lata temu, przy okazji Praskiego Festiwalu Piwa, gdzie pojawili się ze swoją ofertą. Podczas mojej ostatniej wizyty w Budapeszcie, udało się ponownie spotkać z ekipą i zobaczyć ich browar.
 
Mad Scientist, to znamienity węgierski browar rzemieślniczy, który otworzył się w marcu 2016 roku, czyli jak widać, wkrótce strzeli mu dziesięć lat. Browar zajmuje pomieszczenia dawnych, ślicznych ale zaniedbanych budynków fabrycznych, w których wcześniej warzono także piwo, a także produkowano musztardę, keczupy i produkty pochodne papryki. Przez wiele lat zabudowania stały puste i niszczały, a obecnie wiele firm, w tym dwa browary zaadaptowały część pomieszczeń na działalność gospodarczą. W tym Mad Scientist właśnie. 
 
Browar nie jest duży, ale bardzo prężny. Sercem jego jest dwunaczyniowa warzelnia o wybiciu 20 hektolitrów, na której dwa razy dziennie, pięć razy w tygodniu odbywa się warzenie.  
 

W browarze mamy ponadto 24 zbiorniki fermentacyjno-leżakowe o pojemności 20 hektolitrów.
 

 
Portfolio browaru, to zarówno piwa uwarzone w klasycznych stylach, jak i tych nowofalowych. W ciągłej sprzedaży, browar posiada około 50 pozycji, z czego 20 to stała oferta, a reszta to sezonówki, wersje limitowane oraz kooperacje. Najbardziej znanym i lubianym piwem browaru jest Liquid Cocaine, czyli Double IPA, które to piwo jest fantastycznym dziełem budapesztańskich piwowarów. 
 
Browar słynie także z piw leżakowanych w beczkach i w swoim browarze posiada dwa pomieszczenia, gdzie maturacji w beczkach dokonują miejscowe sztosy. Jedno z pomieszczeń jest dostępne dla takich śmiertelników, jak ja i leżakują tam imperialne stouty, portery, wina jęczmienne i inne, a drugie, zamknięte dla postronnych zawiera beczki z dzikusami.
 


 
Przy browarze działa firmowy sklepik, w którym można zaopatrzyć się w butelkowe i puszkowe piwa z aktualnej oferty, a także w merch.
 
Wiosną i latem oraz wczesną jesienią, przy browarze działa wielokran, który jest dość popularny wśród miejscowej i zagranicznej kraftowej klienteli. 
 
Podsumowując, Mad Scientist to jeden z najbardziej znanych na świecie węgierskich browarów, który warzy dużo i bardzo dobrze i na pewno wtedy, gdy jest ciepło, warto wybrać się do Budapesztu, by skosztować w knajpie przy browarze, specjałów warzonych na miejscu. Ja serdecznie polecam!

piątek, 30 stycznia 2026

Z wizytą w browarze The Brew w Sliemie

Jak wiecie, ostatnio zawitałem do Budapesztu, celem eksploracji tamtejszych browarów. Jednakże zaraz potem, wylądowałem także na kilka dni na Malcie. Cel ten sam, jak najbardziej. By nie zanudzać was tylko Budapesztem, postanowiłem na przemian wrzucać relacje z Węgier i z Malty, dlatego też, na tu i teraz, odpowiedź jest w siedmiu literach i zapraszam was do browaru The Brew w miejscowości Sliema.
 
 
Sliema, to obok St. Julian's, najbardziej turystyczna miejscowość (ciężko, w ogóle, w przypadku Malty pisać o miejscowościach), gdzie zlokalizowanych jest cała masa hoteli, restauracji, pubów, dyskotek i wszystkich innych przybytków uciech. To tutaj właśnie, przy ulicy The Strand Tas 74, tuż przy promenadzie, postanowił się usadowić wspomniany wyżej browar.
 
 
Browar otwarty w 2016 roku, jest własnością Ukraińców i moim przewodnikiem po browarze, był piwowar browaru Aleksander, także pochodzący z Ukrainy. Browar czynny jest codziennie w godzinach 12:00-02:00.
 
Sercem browaru jest trzynaczyniowa warzelnia o wybiciu 500 litrów, powyżej której, na takiej jakby antresoli mamy umieszczonych 12 unitanków o pojemności 1000 litrów. 
 



 
W ciągu dziesięciu lat swojej działalności w browarze uwarzono piwa w kilkudziesięciu różnych stylach, jakkolwiek w trakcie mojej wizyty w menu piwnym, były tylko piwa jasne, zarówno lagery, jak i ale. Mi udało się skosztować takich miejscowych specjałów, jak American Lager, Session IPA, IPA oraz Hefeweizen. Na moje nieszczęście, pils i Valleta (jasny lager po maltańsku) się skończyły. Są to piwa, jak powiedział mi Aleksander, które są najpopularniejszymi w ofercie browaru.. 
 
 
Z tej czwórki, którą skosztowałem, najbardziej przypadła mi do gustu sesyjna ipka, która była bardzo delikatna w odbiorze, mocno rześka, wyraziście chmielowa i genialnie owocowa. Super piwo. IPA okazała się także bardzo ciekawym piwem, fajnie nachmielona po amerykańsku. Amerykański lagerek okazał się piwem dobrym, ale takim bez fajerwerków, jakby skrojony na masowego turystę. Podobnie rzecz się miała z pszeniczką, która miała za mało ciała i bananów, które w pszenicy akurat lubię najbardziej.  
 
Piwa na miejscu, można zamawiać w trzech pojemnościach: 280 i 560 mililitrów oraz 1 litr. Ceny, za najmniejszą miarkę - niecałe 4 euro, średnia to niecałe 6 euro, a litrowa pojemność to wydatek niecałych 11 euro. Powiedziałbym, hmm, że takie obecnie polskie ceny. 
 
Oprócz piwa, oczywiście w The Brew można się posilić. Flagową potrawą serwowaną na miejscu są żeberka, choć ja poszedłem z skrzydełka z kurczaka, co też okazało się dobrym wyborem. Do posiłku, w formie ochrony przed ubrudzeniem się, dostajemy gustowny śliniaczek szkieletowy, rękawiczki ochronne oraz wilgotną chusteczkę.
 
 
Atmosfera na miejscu bardzo fajna. Sam akurat trafiłem na wieczór, kiedy to był koncert dwóch gitarzystów, którzy to grali rockowe przeboje i rozbujali fajnie miejscową klientelę. Do tego Aleksander oraz cała ekipa, która tego wieczoru była na miejscu, to naprawdę wielka klasa. Muszę dodać, że w trakcie mojej wizyty, Aleksander uraczył mnie jednym gratisowym piwkiem, a także podarował mi firmowego szejkera, który naprawdę jest okazały. Zresztą zobaczcie sami. Wielkie dzięki jeszcze raz!
 
 
Podsumowując, będąc w tym niewielkim państwie na Morzu Śródziemnym i będąc piwnym turystą, koniecznie trzeba tu wpaść. Nie zawiedziecie się. Ja szczerze polecam i mówię wam 'Na zdrowie!'.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Z wizytą w browarze Ruin Brew w Budapeszcie

Drugim browarem, który udało mi się odwiedzić podczas ostatniej mojej wizyty w Budapeszcie, był Ruin Brew - Brunch and Beer.
 
 
Browar otworzył się w 2021 roku i mieści się przy ulicy Akácfa u. 54-56. Czynny jest od wtorku do niedzieli w godzinach: wtorek - czwartek 17:00-23:00 i piątek - niedziela 11:00-24:00.
 
Odwiedzając browar, gdy przekraczamy próg lokalu, pierwsze co rzuca się w oczy, to taki trochę skłot, który został zaadoptowany na knajpę z browarem i ... tatuatornią. W jednej sali mamy tu lokal z barem, w kolejnych pomieszczeniach browar i tatuatornię właśnie. Lokal, jak wspomniałem taki trochę skłotowy, ze stolikami i krzesełkami rodem z ulicznych barów w Azji Południowo-Wschodniej. Ciekawość jednak zwyciężyła i wszedłem i zwiedziłem browar oraz wypiłem kilka miejscowych piw. Szczegóły poniżej.
 
Browar jest mikroskopijny. Składa się na niego jednonaczyniowa warzelnia oraz kilka unitanków. Wszystko zamknięte w jednym, niewielkim pomieszczeniu. 
 

 


W tym piwnym mikrusie, warzy się zarówno piwa dolnej, jak i górnej fermentacji. W dniu, kiedy odwiedziłem Ruin Brew, na kranach dostępnych było kilka różnych piw, w tym cztery 'ipki'. Szczegóły na poniższej fotce.
 
 
Ja skusiłem się pilsa, "łesta" i podwójną ipkę. Trzy te piwka wypiłem ze smakiem, choć w porównaniu do innych Budapesztańskich browarów, nie była to topka. Niemniej, czas spędzony w tymże przybytku należał do bardzo przyjemnych, a to głónie dzięki fantastycznej obsłudze, która rekompensuje niedociągnięcia, jeśli chodzi o wystrój lokalu, jak i samo piwo. Nie skusiłem się, tym razem na ... tatuaż, ale może kiedyś to nadrobię. 
 
Podsumowując, miejsce intrygujące, inne niż wszystkie, nie tylko na budapsztańskiej mapie browarów, ale także i europejskiej. Wpaść, by się przekonać - warto.

sobota, 24 stycznia 2026

Z wizytą w browarze Gravity Brewing w Budapeszcie

Zimowe ferie, to doskonały czas, by wybrać się gdzieś za granicę naszego kraju, po to by pozwiedać browary. Tak też było w moim przypadku. Jako pierwszy cel, wybrałem sobie Węgry i poleciałem do Budapesztu na browarną eksplorację. Na początek, obrałem sobie kraftowego malucha o nazwie Gravity Brewing. 
 
 
Działający od 2018 roku browar, mieści się w centrum węgierskiej stolicy, po prawej stronie Dunaju, w Peszcie. Dokładny adres to Lónyay u. 22. Browar wraz z wielokranem czynny jest od poniedziałku do soboty, w godzinach: poniedziałek - środa 16:00-23:00, czwartek - piątek 16:00-24:00 i sobota 13:00-01:00.
 
Sam browar, wraz z wielokranem, nie jest duży. Mamy tu zainstalowane dwie warzelnie. Pierwsza, ta główna, ma wybicie 600 litrów, a druga, do piw testowych oraz sztosiw, ma wybicie 120 litrów. Wokół tychże mamy ustawione zbiorniki fermentacyjne i leżakowe. Sprzęt ustawiony jest w dość pokaźnej hali, naprzeciw baru, oddzielonej przeszkleniem, dzięki czemu pijąc piwo, można podziwiać całe piękno tegoż piwowarskiego zakładu.
 




Wyszynk piw za barem, odbywa się z kegów, a na barze dzieje się naprawdę dobrze. Z dwunastu dostępnych kranów, piwa można zamawiać w dwóch pojemnościach, mianowicie 200 mililitrów i 500 mililitrów. Obsługa za barem bardzo miła, profesjonalna, skora do rozmów o warzonych piwach i innych ciekawych tematach. Wizytując browar, skosztowałem kilku piw, a dokładniej: Parallax (West Coast IPA), Polaris (New Zealand Dry Hopped Pilsner), Exoplanet (Nitro Coffee Stout), Red Shift (Red Rye) oraz Pulsar (Smoked Raspberry Porter). 
 
Wszystkie piwa prezentują bardzo wysoki poziom, jakkolwiek na mnie największe wrażenie zrobiły pierwsze trzy, czyli "łest kołst", nowozelandzki pils i ten azotowy kawowy stout. Piwa bardzo bogate aromatycznie i smakowo. Można powiedzieć, piwa wybitne. Trzy te piwa, są warzone cały czas, więc na kranach też są zawsze dostępne. Polecam serdecznie. 
 
Parallax

Exoplanet

Red Shift 
 
Sztosy 
 
Ceny piw, jak na kraft, w porównaniu do, na przykład, cen piw w Polsce nie są zbytnio wysokie, a wręcz jest taniej niż u nas. Dodatkowo, na miejscu można zakupić także merch, w postaci podkoszulek, bluz i innych. 
 
 
Ogólnie rzecz ujmując, bardzo ciekawe miejsce z bardzo dobrym piwem. Dla piwnych, kraftowych maniaków, odwiedzenie tego miejsca, gdy się jest w Budapeszcie, jest wręcz koniecznością. Ja ze swojej strony polecam bardzo.  

czwartek, 11 grudnia 2025

Konkurs Piw Rzemieślniczych - czy polska piwna rewolucja zatoczyła koło?

10 grudnia 2025. Ta data w polskim piwowarstwie rzemieślniczym zostanie zapamiętana na długo, a być może to będzie jedna z tych dat, o którym kiedyś będą wspominać autorzy w książkach poświęconych polskiemu piwnemu kraftowi. Będzie to pewnie data porównywana do tej, kiedy pierwsze butelki Ataku Chmielu wyjechały z Zawiercia do sklepów, czy chociażby do tej, kiedy odbyła się pierwsza edycja Warszawskiego Festiwalu Piwnego i kilku innych jesze ważnych dat w krótkiej, aczkolwiek bogatej historii polskiego piwowarstwa rzemieślniczego. Dlaczego?

Otóż moi drodzy czytelnicy, pierwsza połowa grudnia każdego roku, to czas kiedy podczas rokrocznie odbywającego się (z roczną przerwą 'covidową') Konkursu Piw Rzemieślniczych, wybierane jest najlepsze polskie piwo rzemieślnicze. Tak też było w obecnym roku, dokładnie 10 grudnia (jak wyżej) i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na piwo roku zacne grono najlepszych sędziów piwnych z kraju nad Wisłą oraz z zagranicy, wybrało piwo bezalkoholowe z dodatkami owocowymi i laktozą. 

Fakt ten wywołał burzę, jakiej w historii polskiego rzemiosła piwnego, chyba jeszcze nie było. Jedni chwalą wybór piwa bezalkoholowego, a inni krytykują. Dodam od razu, że tych krytykujących nazywa się 'starszyzną blogerską', której się w dupach poprzewracało od darmoszek, itp., ale nie o tym jest ten post. Wróćmy do meritum.

Konkurs Piw Rzemieślniczych, w skrócie KPR, został podzielony na kilkadziesiąt kategorii, którego to podziału klucza chyba nie zna nikt w branży, ale to szczegół. Wśród tych wszystkich kategorii są też piwa bezalkoholowe. Znaczy to, ni mniej  ni więcej, że skoro w KPR o medale biją się piwa bezalkoholowe, to któreś z nich może zostać Kraftem Roku. Jest to zrozumiałe, logiczne i uczciwe wobec każdego nadesłanego piwa oraz wobec browarów, które te piwa na konkurs nadsyłają. Z tym, ja i chyba większość 'starszyzny blogerskiej', problemu nie mamy. Jednakże patrząc na historię polskiego piwowarstwa rzemieślniczego i podstaw które wywołały tak zwaną 'piwną rewolucję', po wyborze piwa bezalkoholowego z całą masą dodatków owocowych i laktozy, powstaje pewien dysonans. Zapytacie jaki?

Kochani, przed 2011 rokiem, przed pojawieniem się Pinty i Ataku Chmielu, które to pokazało, że piwo może smakować inaczej, na rynku polskim mieliśmy w większości jasne lagery (jasne pełne), a niszę lepszych piw, wypełniały produkty z browarów, tak zwanych, regionalnych, które to warzyły między innymi ulepki z sokami, nazywane w branży 'lambicami z Witnicy', czy chociażby 'ulepkami z Pokrówki'. Wraz z wejściem Pinty poznaliśmy smak ipki, stoutu, witbiera i wielu innych. Za Pintą poszli inni, między innymi Jarek Sosnowski i Krzysztof 'Kuli' Kula z Browaru Birbant, którzy wypuścili na rynek, wtedy jeszcze współpracując z zielonogórskim Haustem, takie zacne piwa, jak Red IPA, czy Ox Bile (birgikowe gimby nie znajo). Po kilkunastu latach ci dżentelmeni są nagrodzeni za najlepsze piwo 2025 roku i jak mniemam za całokształt pracy na rzecz polskiego rzemiosła. Jak najbardziej obu dżentelmenom taka nagroda się należy i oczywiście się cieszę, że Birbant zdobył Kraft Roku. No, ale czy ich piwo bezalkoholowe z owocami i laktozą o nazwie Turbo II, to jest to właśnie, za które powinni być nagrodzeni?

U podstaw rewolucji był, między innymi, chmiel, który w końcu pokazał, jak może genialnie wpływać aromatycznie i smakowo na odbiór piwa. W chmielu zakochało się wtedy bardzo dużo osób i duża część tych osób, w tym ja, cały czas uważa, że chmiel, mimo iż to tylko dodatek, jest najważniejszy jeśli chodzi o piwo. Pamiętam czasy, gdy osoby z najważniejszych browarów rzemieślniczych w Polsce, widząc premiery 'regionalistów' z Witnicy, Bojanowa i wielu innych, śmiało się wniebogłosy i komentowało te wyroby, w stylu 'Ja p...dole, znowu piwo z sokiem!', albo 'Znowu nic nie znaczący jasny lager!'. Zapytacie pewnie i co to ma wspólnego z KPR'em? Otóż moi drodzy ma i to bardzo dużo. 

Ostatnie dwie edycje tego konkursu, wyłoniły zwycięzców, w postaci jasnego pełnego (2024) i piwa lub bardziej bezalkoholowego owocowego trunku z laktozą (2025). Można powiedzieć, że polski kraft zatoczył koło i to, co królowało przed Atakiem Chmielu, króluje i obecnie. To po cholerę była ta piwna rewolucja? No po co? Po to, by pokazać nam, że jednak mimo miłości do chmielu, mimo miłości ciekawych i różnych piwnych stylów z najróżniejszych stron  świata i wypuszczania, chociażby, na rynek rokrocznie po kilkaset ipek, nie potrafimy zrobić takiej, która by zdobyła tytuł najlepszego piwa w Polsce? Po to, by pokazać, że mimo polskiej ofensywy grodziskiej na całym świecie i tak w polskim krafcie wyżej ceniony jest soczek z laktozą? 

Ostatni wynik pokazał, że nie umiemy zrobić chociażby takiego grodziskiego (wiem, trudne w odbiorze piwo), które wyrwie z butów sędziów, lub będzie dla nich pyszne, podobnie jak z ipkami, czy innymi piwami, którymi się chwalimy za granicą, a pokazał, że wystarczy dopierdolić owoców i laktozy (bez osobistego kontekstu w stronę panów z Birbanta), by zdobyć tytuł najlepszego piwa w Polsce. To pokazuje, co polski kraft najlepiej potrafi. Do tego komentarze sędziów: 'No bo było pyszne!'. Kurcze blade, Wieśmak z 'Maka' też jest pyszny, ale czy to naprawdę najlepszy burger na polskim rynku? Przypomniała mi się sytuacja z festiwalu w Sopocie, gdy prewodniczący jury, nieżyjący już, Malcolm Mclaren ogłosił, że debiutem festiwalu, będzie piosenka Kasi Kowalczyk, bo miała najładniejszą sukienkę.  

Ja tu widzę clou problemu, a nie to, że wygrała 'bezalkoholówka'. Dodam od razu, że daleki jestem od stwierdzenia, że 'polski kraft się zaorał', ale to pokazuje, że mimo prawie piętnastu lat starań o to, by zmienić polską scenę piwną, w polskim piwowarstwie nadal królują jasne pełne i 'lambiki z Witnicy'. W końcu korony i berła królewskie oraz medale nie kłamią. Tym stwierdzeniem zakończę moje dywagacje, mój komentarz do tego, co wydarzyło się w Krakowie. Tyle i aż tyle ode mnie. 

Teraz czas na Wasze komentarze, czekam głównie na te dissujące mnie i moją powyższą wypowiedź! 

wtorek, 2 grudnia 2025

Z wizytą Browarze Miejskim Pompa w Rumi

Drugim browarem, który odwiedziłem podczas mojej ostatniej wizyty w Trójmieście, był browar zlokalizowany w Rumi, a tymże był Browar Miejski Pompa. Powiecie pewnie, że Rumia, lub jak miejscowi mawiają Rumunia, to nie Trójmiasto. Nie macie jednak racji, to też jest Trójmiasto ... Kaszubskie. 
 
To właśnie w tej kaszubskiej miejscowości, w tym roku otworzył się nowy pomorski browar, a dokładniej Browar Miejski Pompa.
 
 
Browar mieści się na ulicy Józefa Hallera 2 i czynny jest od wtorku do niedzieli w godzinach: wtorek-czwartek oraz niedziela 12:00-22:00 i piątek-sobota 12:00-23:00. 
 
Budynek browaru, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz prezentuje się bardzo okazale. To, co rzuca się w oczy od samego początku, to cegły, cegły i jeszcze raz cegły, a ja bardzo lubię cegły. 
 
 
Ale to tylko początek ekscytacji, tuż po otwarciu drzwi, wita nas bar z nalewakami oraz dwunaczyniowa, miedziana warzelnia, wybita przez polskich rzemieślników z firmy Minibrowary.pl. Sekundę po wejściu do lokalu, wiemy, że jesteśmy we właściwym miejscu. Na domiar tego, wita nas jeszcze uśmiechnięta i przesympatyczna obsługa. No, czy nie za dużo szczęścia na sam początek? Wnętrze browaru, poza tym co widzimy na samym początku, wygląda naprawdę przyjemnie i zachęcająco do spędzenia w tym miejscu wolnego czasu.
 

 
Dalsza część pobytu też była super, pomimo faktu iż nie udało mi się spotkać z piwowarem i zobaczyć pomieszczenia z tankami. Nadrobimy następnym razem.
 
Informacja o tym, co na kranach, także szybko dociera do mnie. Wypisane na tablicy mamy: pils, marcowe, IPA i Schwarzbier. Brzmi całkiem zacnie. Jak się jednak okazuje, IPA to nówka nieśmigana i jeszcze nie podłączona do wyszynku, No kolejna szkoda, ale i kolejny powód, by znowu tu zawitać. 
 
Na początek zamawiam zestaw degustacyjny w postaci trzech sampli po 150 mililitrów każdy. Mamy więc pilsa, oktoberfesta i 'czarne piwo'. Próbujemy!
 
Pils, który poszedł na pierwszy ogień, okazał się piwem delikatnym, z wyrazistymi nutami ziołowymi i lekką goryczką. Dobry ... po prostu dobry. Jako drugie wpadło do gardziołka marcowe i tutaj, hmm, no może się nie zawiodłem, ale lekko zaskoczyłem, bo było to piwo bardzo ugrzecznione jak na ten styl. Oczywiście było słodowe, ale jakoś ta 'marcowość' była zbyt lekko zaznaczona, jak dla mnie. No i goryczka też ciut mogłaby być większa. Ostatnia próbka za to, okazała się petardą. Kochani, miejscowy Schwarzbier to istny piwny cymes. Cudowne aromaty czekoladowo-kawowe, plus delikatny razowe pieczywko. Pachnie obłędnie, a w smaku jeszcze lepsze. Do tego ma się wrażenie, że to taki owsiany Schwarzbier, bo cudownie smukły, fenomenalnie przepływający przez język, gardło i przełyk. No i tak przemiła nienachalna goryczka. Od razu po próbce zamówiłem pół literka, bo stupięćdziesiątka tylko mnie rozochociła. To piwo, naprawdę skradło mi serce. Zresztą, ja skusiłem się jeszcze na kolejny kufel czarnego złota, a degustację zakończyłem jeszcze dużym pilsem. 
 



 
Ale Pompa to nie tylko dobre piwo, ale także i smakowite jadło. Ja podczas wizyty, skosztowałem burgera z frytami i się objadłem bardzo i z wielkim smakiem. Kusiła mnie jeszcze beza na deser, ale tym razem jednak odpuściłem. 
 
Co do cen, to bardzo rozsądne, jak na Trójmiasto. Nie trzeba brać złotej karty hehehe. 
 
Podsumowując, super miejsce z dobrym i doskonałym piwem oraz przyjemną i przyjazną bsługą. Postaram się jeszcze raz w tym roku odwiedzić, bo miejsce to kusi bardzo klimatem oraz czarnym płynem, a i jeszcze obiecałem sobie spróbować 'ipki'. Do zobaczenia więc w Rumi i Na zdrowie!
 
PS. Madame de Pompadour byłaby zachwycona :-)