piątek, 6 października 2017

Jak to jest z piwem rzemieślniczym w Nowej Zelandii?

Koniec września, to okres mojego wymarzonego urlopu, na spędzenie którego, wybrałem się do Nowej Zelandii i Tonga. Było kilka powodów, dlaczego akurat kierunek nowozelandzki (Tonga to tylko dodatek). Najważniejsze z nich, to fakt, że kraj Maorysów, leży w obszarze kontynentu, który, poza Antarktydą, był ostatnim do którego jeszcze nie dotarłem; to, że będę miał okazję skorzystać z najdłuższego obecnie połączenia lotniczego na świecie, czyli Doha - Auckland (tak, tak, jestem też miłośnikiem cywilnego lotnictwa pasażerskiego) oraz fakt, że na miejscu będzie czekało mnie sporo dobrego, jeśli chodzi o piwne klimaty. Te naturalne, naturalnie także były ważne. Tu, chciałbym, przed opisaniem wizyt w browarach, napisać kilka słów moich spostrzeżeń na temat piwa, głównie tego rzemieślniczego i rynku piwnego w Nowej Zelandii.


Piwo i piwowarstwo rzemieślnicze w Nowej Zelandii, ma znacznie dłuższą tradycję, niż ma to miejsce w naszym kraju. Jak usłyszałem w rozmowach z menażerem jednego z browarów, wszystko zaczęło się w 1986 roku, czyli 25 lat przed pojawieniem się Pinty na naszym rodzimym rynku. Już ten fakt, każe nam przypuszczać, że jest to już rynek rozwinięty, a same piwa powinny być na bardzo wysokim poziomie. Tak jest też w rzeczywistości. 

W Nowej Zelandii jest, jak usłyszałem, sto kilkadziesiąt browarów stacjonarnych (duże browary, mikrobrowary oraz brewpuby) kilkadziesiąt browarów kontraktowych, które to, co od razu rzuca się w oczy, a raczej w nasze nozdrza oraz kubki smakowe, warzą naprawdę fenomenalne piwa. Warzą głównie na bazie nowozelandzkich słodów oraz także nowozelandzkich chmieli. Chmielą także chmielami amerykański i sporadycznie europejskimi, jakkolwiek główny nacisk kładą właśnie na nowozelandzkie odmiany. Wyżej napisałem, że warzą fenomenalnie. Skąd moje takie górnolotne i trochę na wyrost słowa? Nie moi drodzy, nie są górnolotne i nie są na wyrost. Już tłumaczę. Jakiś czas temu, będąc w JabeerWocky w Warszawie, trafiłem na norweski dzień, kiedy to na kranach królowały piwa z browaru HaandBrygeriit (jak dobrze pamiętam). Podczas degustacji jednego z nich, rozmawiałem z Rafałem Kowalczykiem na temat tego, jak bardzo, pod każdym względem, te piwa różnią się od naszego piwnego rzemiosła. W odpowiedzi usłyszałem: 'To się nazywa jakość!'. Te słowa zapamiętam do końca życia i spokojnie można je przenieść na rynek nowozelandzki. Powiem tak, pijąc piwa w Nowej Zelandii, właściwie w każdym browarze, od razu doznajemy szoku, jak z diametralnie różnymi pilsami, piwami z rodziny pale ale, stoutami i innymi mamy do czynienia. Piwa, ehh, ciężko to opisać słowami, jest to wręcz niemożliwe. Piwa są czyste w swojej formie, gładkie, mocno esencjonalne, bardzo smaczne, lekkie w odbiorze, nawet te ciężkie klimaty oraz pozbawione wad. Pije się je z nieskrywaną przyjemnością i po każdym wypitym, chce się następne. Piwa, w większości browarów, są perfekcyjnie dopracowane. Widać od razu, że ich forma, że tak to ujmę, nie jest wynikiem jednorazowego przypływu geniuszu piwowara, a efektem rzetelnej, sensownej, dopracowanej w szczegółach pracy tegoż właśnie. Powiem tyle, żadnego z odwiedzonych przeze mnie browarów, nie chciałem opuszczać, gdyż przynajmniej klika z ich pozycji było tymi genialnymi.

Browary, w swojej ofercie, mają tak zwany rdzeń, czyli kilka, kilkanaście piw ze stałej oferty oraz piwa sezonowe i wybitnie okazyjne. To, co mnie najbardziej ujęło, to fakt ilości warzonych pilsów w tychże. Każdy browar ma swojej ofercie pilsa, jakkolwiek, zazwyczaj są to niemieckie pilsy, ale chmielone ... nowozelandzkimi odmianami chmieli. Dziwne, ale prawdziwe, a jakie przepyszne. Zakochałem się. W każdym z browarów, w którym byłem, zawsze degustowałem pilsa i zawsze byłem nim oszołomiony. Jeśli chodzi o te nowozelandzkie chmiele, to najbardziej popularnymi są: Pacifica, Motueka, Nelson Sauvin, Wakatu i nieznane mi wcześniej Dr Rudi, Wai-iti i Riwaka. Ten ostatni, święci teraz największe sukcesy.

W piwo można zaopatrzyć się w, jak wyżej napisane, browarach, piwnych lokalach oraz specjalistycznych sklepach alkoholowych, tak zwanych 'liquor store'. Próbowałem kupić piwo w sklepach typowo spożywczych i marketach i uwierzcie mi, w żadnym z nich nie widziałem alkoholu. Trochę mnie to zaskoczyło. Zatrzymajmy się na chwilę przy tych 'liquor store'. Otóż, są małe i duże (wielkości naszych dyskontów),pojedyncze i całe krajowe sieci, jak chociażby LiquorLand.


Wchodząc do takiego sklepu, pierwsze co nam się rzuca w oczy, to to, że nie widzimy piwa. W pomieszczeniu widzimy wina i alkohole mocne. 



Dopiero po kilku chwilach, w tle, dostrzegamy kolejne pomieszczenie, tak zwany 'chilling room', gdzie właśnie mamy szeroką gamę piw, cydrów i RTDs, czyli 'ready to drinks' (alkoholowe i bezalkoholowe drinki). 


W pomieszczeniach tych, panuje temperatura w okolicach 4 stopni Celsjusza. Jak widzimy, drogocenny produkt, przechowywany jest w idealnych dla siebie warunkach i co najciekawsze, chłodnie te, nie są wyłączane na okres nocy. Piwa sprzedawane są zarówno w butelkach, jak i puszkach. Te ostatnie są bardzo popularne w Nowej Zelandii. Pojemności ich są różne. Butelki najbardziej popularne to o pojemnościach 330 ml (te tylko w sześciopakach), 500 ml i 650 ml. Puszki, to zazwyczaj 330 ml i 440 ml. 






Ceny wahają się od 4 dolarów nowozelandzkich to kilkunastu dolarów za sztukę.



W pubach i brewpubach, czy tap roomach, ceny od 8 do kilkunastu dolarów za pintę. Deska sampli od 12 do 25 dolarów. Ilość piw w deseczce to od czterech do sześciu w pojemnościach 100-150 ml. Co bardzo ciekawe, to w Nowej Zelandii, nie spotkałem piwnego lokalu, w którym by do piwa nie serwowali ciepłych dań i przekąsek. W każdym można zaopatrzyć się w burgery, skrzydełka, kiełbaski i inne takie tam.

Tak, jak i w Polsce, piwowarzy z równych browarów, z różnych stron kraju, doskonale się znają i podczas wizyt w browarach polecają swoje wyroby i wizytę w ich browarach.

A co jeszcze ważne, to w Nowej Zelandii, dopuszczalny poziom alkoholu we krwi dla kierujących to 0,8 promila, także spokojnie można planować wizytę w browarze lub pubie, podczas jazdy autem z pracy do domu. Co więcej, w Nowej Zelandii nie jest niczym odkrywczym, picie piwa lub wina, w czasie przerw w pracy. Podczas przerwy obiadowej, piwne lokale zapełniają się i wszyscy sięgają po pintę dobrego piwa. Ach, daleko nam jeszcze do takich standardów.

Podsumowując - Nowa Zelandia, to bardzo ciekawy kraj pod względem piwnym. Oferuje szeroką game piwnych styli, a piwa warzone tam, są genialnej jakości. Niestety, za jakością idzie tez i cena i jadąc tam na piwne wakacje, budżet turystyczny szybko się kończy, ale owszem polecam. Szczegóły dotyczące browarów przeze mnie odwiedzonych, w kolejnych odcinkach.

2 komentarze: