poniedziałek, 28 września 2015

Last Cut - czyli alebrowarowa premiera jak żadna inna

28 września to data szczególna. Tego dnia cztery lata temu rozpocząłem pisanie swojego bloga i szczerze mówiąc o tym zapomniałem i mi delikatnie przypomniano o tym fakcie. Nic szczególnego na tą czwarta rocznicę nie przygotowałem, ale postaram się jeszcze to nadrobić.

To tyle w formie dygresji. Wróćmy do tematu, czyli do premiery nowego piwa ze stajni AleBrowar - Last Cut. Last Cut, czyli American Golden Ale to, jak podczas mówił Michał Saks przed rozpoczęciem lania premierowego piwa, piwo zadedykowane golibrodom. Jak sam mawiał w zaroście na twarzy zakochał się w momencie, gdy idąc do sklepu po piwo wyglądał na starszego niż 18 lat i bez problemu mógł kupować sobie buteleczki na wieczorny relaks. Od tamtego czasu z broda się nie rozstaje, a co za tym idzie ma także dość bogate relacje z zaprzyjaźnionymi cyrulikami. 

W tym wiekopomnym wydarzeniu nie mogło zatem zabraknąć zacnych cyrulików. Było ich trzech, a w każdym z nich gorąca krew oraz nożyce i brzytwy w dłoni. Byli nimi Mateusz Banaszek (Salon Fryzur Męskich), Lukas Tarka oraz Delma (Butler Cut). 



Lokal, w którym odbywała się premiera ... a właśnie troszkę o lokalu. Premiera, a właściwie całe wielkie premierowe wydarzenie, odbyło się na gdańskim Dolnym Mieście, co już samo w sobie jest czymś wyjątkowym. Dolne miasto, po restauracji ulicy Łąkowej i paru innych zakątków, odzyskuje swój dawny blask i mam nadzieję, że w przeciągu kilku lat, stanie się dla Gdańska centrum kultury z ciekawymi galeriami, lokalami gastronomicznymi i innymi ciekawymi atrakcjami. Jednym z takich ciekawych miejsc jest na pewno Królewska Fabryka Karabinów, gdzie premiera last Cut się odbyła. Knajpa, tego dnia, podzielona była tak jakby na trzy strefy: fryzjerską, gdzie szaleli ... barberzy, jak to mówiła większość gości; piwną, gdzie rządził AleBrowar oraz muzyczną, gdzie karty rozdawali dj, zespół muzyczny i goście tańczący na podeście. 

Połączenie piw z goleniem, zaowocowało tym, że na wydarzeniu zjawili się miłośnicy piwa, ci dbający o wygląd zewnętrzny, szczególnie brodę oraz ci, którym piwo i brody są bliskie. Tylu bród w jednym miejscu to ja w życiu nie widziałem. Stoiska cyrulików zajęte od samego początku. Ja mimo wielkiej chęci skorzystania z usług golibrodów, musiałem obejść się smakiem, bo kolejka była przeogromniasta. A specjalnie dwa tygodnie się nie goliłem, ehh.




No, ale wróćmy do tego, co dla nas piwoszy najważniejsze, czyli do piwa. Ja tamtego popołudnia i wieczoru, skosztowałem każde piwo AleBrowaru, które było dostępne na kranach. Last Cut to ciekawa premiera, mocno owocowa i ... 'hopowa', że tak to ujmę. Goryczka na bardzo optymalnym poziomie, takim do zaakceptowania nie tylko przez 'beer geeków', ale także przez innych, chociażby pasjonatów dobrze przystrzyżonych bród. Jedynie barwa może nie do końca 'goldowa'. Sweet Cow, jak zawsze smakowity, Wiosłujący Jacek także. Brakowało mi trosze mojej ulubionej Hop Sasy, ale jeszcze nie raz się jej napiję. Przewspaniały był Pale Ale z BrauKunstKeller ... miazga proszę państwa!




Oprócz piwa, bardzo dobrego zresztą, było także coś pysznego do jedzenia. Oczywiście 'kraftowe' burgery z Carmnika i ciasta. Wszystko bombowe, szczególnie burgery. Ja sam zamówiłem najbardziej pikantnego, meksykańskiego z podwójna dawka pikanterii. Płakałem i czkałem jak jadłem, ale radość z przełykania każdego kolejnego kęsa była przeogromna.


No, ale jak zawsze, dla mnie samego w takich spotkaniach, najważniejsze jest spotkać się ponownie ze znajomymi, z ludźmi, których bardzo lubię. Była ponownie okazja do rozmów, śmiechów i chichów, żartów i wielu innych rzeczy. Spotkanie ludzi, z którymi się kiedyś pracowało, z którymi przeżyło się wiele ciekawych przygód przeżyło. To jest właśnie ta wisienka na torcie piwneg0o świata. Tym razem było podobnie i było jak zawsze wspaniale.











Jak zawsze w takich sytuacjach, czas biegł niesamowicie szybko i po prawie ośmiu godzinach bycia z AleBrowarem i barberami, czas było powoli się zbierać. No, w końcu wszystko co dobre, zawsze się kończy. Jedyna tego typu premiera dobiegła końca. Można rzecz, że podczas tego wydarzenia upieczono trzy pieczenie na jednym ogniu. Co jeszcze mi się podobało, to to, że podczas tej premiery, w ogóle nie słyszałem słów typu: diacetyl, DMS, mokry karton, cytrusy, za mało IBU, zalegająca goryczka i tym podobne. Osoby, które przyszły by przeżyć to wydarzenie, mówiły po prostu, że piwo jest świetne. 

Dla mnie osobiście, mimo, że nie udało mi się skorzystać z usług golibrodów, mimo że nie było Hop Sasy, mimo że na zewnątrz momentami było bardzo zimno, to jednak wypad do Gdańska uważam za bardzo udany. Premiera Last Cut może będzie zalążkiem tego, by premiery piwa nabrały zupełnie innego kształtu. Może to będzie początek kompletnego ożywienia tamtej części Gdańska, na co nie tylko ja czekam, ale większość mieszkańców grodu Neptuna. Poza tym, zwróćcie uwagę na ostatnie zdjęcie. Dla takich chwil, warto na takich wydarzeniach być.


Jak sami widzicie, było grubo i ci, których nie było (pomimo, że byli bardzo blisko), niech żałują. Czego mi brakowało na tej premierze? Ano tego, że wśród zaproszonych barberów, nie było francuskiej lekkoatletki, mistrzyni świata i wielokrotnej medalistki mistrzostw ... Eunice Barber. No, ale może na kolejną cyrulikowo-piwną premierę organizatorzy ją zaproszą. Pewnie Last Cut jej także by smakował :-) 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza