wtorek, 22 stycznia 2013

Czarnków - Grudniowe (piwo ciemne na miodzie wrzosowym)

Przedstawiam piwo Grudniowe (piwo ciemne na miodzie wrzosowym).



Zawartość ekstraktu: 14,1%.

Zawartość alkoholu: 5,6% obj.

Kolor: miedziano-rubinowy, klarowny.

Zapach: delikatne nuty miodowe i słodowe oraz warzywne.

Smak: słodki, miodowy, delikatna słodowość oraz tępa goryczka na finiszu.

Piana: kremowo-żółta, bardzo niska, bardzo szybko opada.

Pasteryzacja: tak.

Termin przydatności do spożycia: brak danych.

Opakowanie: butelka 0,75l, (brak info o zwrotności).

Producent: Browar Czarnków


Podsumowanie:

Jak większość moich znajomych wie, ja sam bardzo lubię piwa z dodatkiem miodu, więc na świąteczne piwo z Czarnkowa ostrzyłem sobie mocno zęby. Niepotrzebnie niestety, gdyż Grudniowe bo o nim mowa, bardzo, ale to bardzo mnie zawiódł. Ale szczegóły. Barwa miodu miedziano-rubinowa. Piana bardzo niska i szybko znikająca. Trzeba mieć naprawdę refleks żaby, by ją zobaczyć. W zapachu dominują delikatne nuty miodowe i jeszcze delikatniejsze słodowe oraz niestety warzywka. Hmm, te ostatnie mnie zaskoczyły, gdyż nie oczekiwałem piwa warzywno-miodowego. Smak też bardzo, ale to bardzo średni. Mamy tu nuty miód, coś słodowego i wyraźną tępą goryczkę na finiszu. Ogólnie rzecz biorąc średnio smakowite, a do tego straszliwie mocno wysycone, szczypie mocno w język. Jedyną cechą tego piwa, która naprawdę mnie ujęła, to opakowanie. Bardzo ładna butelka z krachlą i bardzo sympatyczną etykietą, która graficznie mi się bardzo podoba. Jedynie co bym zmienił to jej kolorystykę, ozywił ją troszkę, nadał tego radosnego świątecznego tonu. Konkludując, piwo bardzo mnie zawiodło, a może to moje oczekiwania były zbyt duże, a może po prostu trafiło mi się wadliwe piwo. Hmm, tak czy siak, nie będę czekał na następny grudzień, by się przekonać, czy za rok będzie lepiej.

Moja ocena: 
Kolor: - 8
Piana: - 2
Zapach: - 4
Smak: - 4
Etykieta: - 8

Ocena całościowa: 4,45/10

Cena: 14,00 PLN [PUNKT FIRMOWY (L.ECLERC) - Gdsańsk-Przymorze]

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Fortuna kolorami się toczy w Miłosławiu

Pomimo faktu, iż w ostatnim wpisie napisałem kilka słów o etykietach, kolejny wpis postanowiłem poświęcić tej samej tematyce. Ostatnio piję tylko piwa, które mocno zapadły mi w kubki smakowe, a nowe, których jeszcze nie oceniałem, spokojnie sobie jeszcze czekają na swoją kolej. Już niedługo. W dzisiejszym poście parę zdań o rodzinie Miłosław z Browaru Fortuna. W obecnej rodzinie Miłosławów mamy 5 piw: Pszeniczne, Koźlak, Pilzner oraz Marcowe i Niefiltrowane. Pierwsze trzy pojawiły się jako pierwsze z serii na rynku, a po jakimś czasie powitaliśmy Marcowe i Niefiltrowane jeszcze później.



Tak samo, jak piwa Miłosław, etykiety piw z rodziny tworzą pewną serię. Etykiety główne na pierwszy rzut oka różnią się kolorami teł: Pszeniczne (niebieski), Koźlak (brązowy), Pilzner (ciemna zieleń), Marcowe (żółty), Niefiltrowane (biały). Na etykietach każdego z piw mamy widok na browar w Miłosławiu, wzięty z dawnej ryciny. Nazwa serii, czyli Miłosław pisana zawsze tą samą czcionką, umiejscowiona zawsze w tym samym miejscu, w różnym kolorze, w zależności od piwa. Nazwa piwa pisana także tą samą czcionką, jakkolwiek w przypadku Niefiltrowanego, font jest mniejszy i umiejscowiony jest na czerwonej szarfie. Na górze etykiet mamy godło Browaru Fortuna. Na spodzie widnieje informacja o otwartej fermentacji i wyjątkowej metodzie warzenia piwa (w przypadku Niefiltrowanego, jest to tradycyjna metoda warzenia). Dodatkowo, gdy weźmiemy do ręki Koźlaka, Pilznera lub Pszeniczne, to dowiemy się czy piwo jest ciemne czy też jasne i zdobędziemy wiedzę o pełni smaku.

Krawatki kolorystycznie zgrane z etykietami głównymi dla każdego z piw. Zawierają nazwę serii piw, nazwę danego piwa oraz godło browaru w Miłosławiu.



Kontretykiety, tak samo maja tło te same, co w przypadku etykiet głównych i krawatek. Zawierają bardzo szczegółowe informacje o danym piwie, krótką wzmiankę o samym Miłosławiu i Bitwie pod Miłosławiem (Pszeniczne, Koźlak oraz Pilzner), sposobie nalewania piwa (Pszeniczne), informacje dotyczące fermentacji, pasteryzacji, ekstrakt, zawartość alkoholu, dane teleadresowe, pojemność, kod kreskowy. Na kontrach Niefiltrowanego oraz Marcowego zauważyć można także medal Grand Prix Chmielaki 2012 zdobyty przez piwo Koźlak (nie ma tu, w przypadku tych dwóch piw, epizodu historycznego).

Ogólnie rzecz biorąc, bardzo mi się szata graficzna Miłosławów podoba. Są pewne niedociągnięcia, pewne niekonsekwencje, ale wszystko ładnie i schludnie. Do tego papier etykietowy dobrej jakości. W większości przypadków etykiety są równo naklejone na butelkach. Nie jest to może ekstrawagancja taka, jak w przypadku etykiet AleBrowaru, ale i tak jest dobrze.

sobota, 19 stycznia 2013

Kącik Piwnego Melomana - MASSACRE - From Beyond

Wczoraj, jak nakazuje cotygodniowa tradycja, powinien się ukazać kolejny odcinek melomańskiego kącika. Niestety, wizytacja w Browarze Piwna, gdzie warzono milk stout'a oraz późniejsze zwiedzanie gdańskich knajp, dyskusje z kamratami oraz piwo, które tworzyło cudowną otoczkę podczas tych wszystkich zdarzeń, to wszystko nie pozwoliło mi na napisanie choćby jednego słowa. Morfeusz wygrał batalie ze mną. Co się jednak nie udało wczoraj, nabiera realnych kształtów dzisiaj. Dziś, tak jak obiecałem w zeszłym tygodniu, zapraszam na kolejne metalowe misterium. Dziś przedstawiam album 'From Beyond' super amerykańskiej grupy Massacre.
 
Album 'From Beyond' został nagrany w 1991 roku i wydany przez Earache. Ja mam wznowienie tej płyty z 2000 roku o numerze MOSH 27CD. Podobnie jak w przypadku pierwszego albumu Terrorizer, okładka 'From Beyond' przybierała różne kolory. Ja mam wersję granatową, a sam widziałem różową, czerwoną i jasnoniebieską. Dodatkowo na CD, które posiadam, dołączona jest EPka 'Inhuman Condition'.


Skład tego wydawnictwa to cztery zacne osoby: Kam Lee (wokal), Rick Rozz (gitara), Terry Butler (bas) oraz Bill Andrews (perkusja). Baczny obserwator i wielki miłośnik metalu, szczególnie death metalu, zauważy coś bardzo ciekawego. Otóż, patrząc na te nazwiska, w naszych umysłach pojawia się jedno słowo ... Death! Tak proszę państwa, wszyscy Ci panowie maczali swoje death metalowe łapska w grupie Death! Mając taki skład, mniej więcej już wiemy, czego możemy oczekiwać od 'From Beyond' i samej Massacre.
 

Album, jak to w większości death metalowych płyt, otwiera intro, które później przechodzi już w cudowne metalowe, potężne gitarowe riffy oraz bulgoczący bas. Perkusista nie daje o sobie zapomnieć. Tak, to właśnie jest 'Dawn of Eternity'. Kawałek, może i rozkręca się dość powoli, ale w dalszej części mamy już tylko jazdę bez trzymanki, no i cudowny wokal Kam. Drugi numer, "Cryptic Remains', to także genialne, melodyjne (tak, tak, ciężkie melodyjne) riffy i super przejścia na perkusji. Trzeci kawałek, czyli 'Biohazard', nie wiem czemu, ale konstrukcyjnie bardzo mi przypomina numer 'Angel of Death' Slayer, szczególnie gdy słucham growl'ującego Kam. Poniekąd też właśnie dlatego, darze ten utwór wielkim uwielbieniem. Kolejnym utworem, który powoduje, że przed wyleceniem przez okno, powstrzymuje mnie tylko mocne trzymanie się parapetu, jest 'Defeat Remains'. Jeśli ktoś zastanawia się, co najbardziej tak naprawdę lubię w ciężkiej muzie, to tu uzyska odpowiedź. Rytmiczna szarża gitar, basu i perkusji, okraszona wszechmocnym wokalem. No coś fantastycznego. Jak to mówi Jacek Gmoch - 'Aj law dis gejms!' Wiele osób mówi, że 'From Beyond' bardzo przypomina im album Death 'Leprosy'. Coś w tym jest, bo ja słyszę to szczególnie w kolejnym utworze, czyli 'Succubus'. Tempo, sposób 'wiosłowania', przejścia, ach ... no trudno jest nie zauważyć skojarzeń. Znowusz ostatni utwór 'Corpse Grinder' to utwór samego Death z demówki 'Reign of Terror'. Te dwa numery, o których wspomniałem, rozdziela jakże cudowny 'Symbolic Immortality', którego słuchając mam czasami wrażenie, że na wokalu udziela się w nim Mark Barney Greenway z Napalm Death Do tego ta cudowna solów na basie.  

Skojarzeń z Napalm Death nie unikniemy także podczas słuchania całego albumu w ogóle. A to za sprawą nie tylko genialnych muzyków i wokalisty, ale także za sprawą, wspominanego już kilka razy w KPM, Scott'a Burns'a, który był inżynierem dźwięku podczas tworzenia tej płyty. Brzmienie bardzo mocno przypomina te z 'Harmony Corruption', także fanom tamtego wydawnictwa 'From beyond' musi przypaść do gustu. Ja bym rzekł nawet, że dla mnie jest on równie kultowy, co wspomniana właśnie płyta Napalm Death. Kurcze, wszędzie ten ... Death. Coś w tym musi być!

Na samym początku napisałem, że na CD znajduje się także EPka, kilka słów więc o niej także. Wokalnie i brzmieniowo troszkę się różni od tego, co możemy usłyszel na albumie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest ostro, ciężko, powiedziałbym, że wręcz miażdżąco. Co dodaje tu jeszcze smaczku, to cover Venom 'Warhead' z gościnnym udziałem samego Cronos'a!
 
W przyszłym tygodniu natomiast, wrócę na chwilę do elektronicznych dźwięków

poniedziałek, 14 stycznia 2013

AleBrowarowi bohaterowie kreskówek

Zapraszam na kolejny odcinek subiektywnych dywagacji na temat piwnych etykiet. Dziś zajmę się szalenie oryginalnymi i bardzo kontrowersyjnymi etykietami, które możemy zobaczyć na butelkach piw AleBrowaru.

Od początku swojej działalności AleBrowar wypuścił 7 piw na rynek: Rowing Jack, Black Hope, Lady Blanche, Amber Boy, Sweet Cow, Naked Mummy oraz Saint No More. Każde z tych piw, a właściwie każda butelka do której wlane jest dane piwo, okraszona jest bardzo oryginalną etykietą. Widząc butelki piw AleBrowaru na półce sklepowej, od razu możemy zauważyć, że różnią się one kolorystycznie. Druga sprawa to taka, że widnieje na niej, czarno-biała rysunkowa postać, inna dla każdego piwa. Kolejną rewolucyjną na polskim rynku rzeczą, jest fakt, że wszystkie piwa mają angielskie nazwy, co bardzo dużej liczbie odbiorców tychże piw, się za bardzo nie podoba.



Zajmijmy się na początku etykietami głównymi. Tak jak pisałem wyżej, różnią się one kolorami tła. Rowing jack ma tło zielone, Lady Blanche białe, Amber Boy czerwone, Sweet Cow różowe, Naked Mummy pomarańczowe, Saint No More niebieskie z padającym śniegiem, a Black Hope szary. W przypadku tego ostatniego piwa, zdecydowałbym się jednak na tło czarne. Do reszty teł nie ma się co przyczepić, pasują doskonale. W lewym górnym rogu, zawsze podana jest nazwa piwa. Zawsze ona jest co najmniej dwuczłonowa i pierwsza część nazwy ma kolor czarny czcionki, reszta nazwy jest biała. Po lewej stronie mamy słynne i bardzo kontrowersyjne i szokujące postaci. Jakie to postaci? Mamy tu kobietę z brodą (lady Blanche), groźnego pirata ze szramą na twarzy i wiosłem zamiast dłoni (Rowing Jack), amerykańskiego poszukiwacza skarbów, dzierżącego czarne złoto w dłoni (Black Hope), superbohatera, który obdarzony jest mocą bursztynu (Amber Boy), wytatuowanego mikołaja chuligana (Saint No More), szyderczą mumię (Naked Mummy - ta etykieta dodatkowo jest fluorescencyjna; świeci w ciemności po wcześniejszym naświetleniu) oraz piegowatego, wąsatego mężczyznę ubranego w strój krowy, którego złożone dłonie (racice) tworzą kształt penisa podczas ejakulacji (kłosy zbóż imitują wytrysk nasienia). Ta ostatnia postać jest najbardziej kontrowersyjna (Lady Blanche także). Część smakoszy piwa, a także duża część osób od reklamy i grafików komputerowych ma zdanie, że grafika postaci i kolorystyka etykiet odnosi się do społeczności LGBT (lesbijki, geje, osób biseksualne oraz osób transgenderyczne). Ja sam, szczerze mówiąc, podchodzę do tego z przymrużeniem oka. Dla mnie chłopaki 'alebrowarowcy' i osoby z firmy odpowiedzialnej za brand marki AleBrowar, mają po prostu jaja i nie boją się łamać, troszkę skostniałych, konwenansów. Ja jestem na 'tak'. Dodatkowo, takie komiksowe, intrygujące i szokujące zarazem etykietowanie powoduje, że piw AleBrowaru nie trzeba szukać na półkach sklepowych. To one, z prędkością światła, same wyszukują konsumentów. także. Bardzo ciekawą rzeczą na etykietach głównych są szklanki z wartością IBU (International Bittering Units - międzynarodowe jednostki goryczy. Na spodzie etykiet mamy także informacje o stylu piwa.


Krawatki, w takich samych kolorach, jak tła etykiet głównych, zawierają logo AleBrowaru oraz element (w formie szlaczka) kojarzący się z danym piwem: korale (Lady Blanche), łańcuch (Rowing Jack), lina (Black Hope), coś na kształt wyładowania elektrycznego (Amber Boy), krowi ogon (Sweet Cow), bandaże i robaki (Naked Mummy) oraz rogi renifera (Saint No More).

Kontretykiety (także w kolorach etykiet głównych i krawatek) zawierają szczegółowy skład piwa, informację o przechowywaniu piwa, dane teleadresowe, pojemność, kod kreskowy, info o stylu piwa (top), datę przydatności do spożycia (wycinki na bokach kontry) oraz sympatyczne historyjki związane z każdym z piw. 


Wszystko to razem wygląda naprawdę bardzo ładnie i profesjonalnie. Patrząc na etykiety AleBrowaru, a także Pinty, możemy zauważyć, że nie tylko polski rynek piwa ewoluuje i rewolucjonizuje się, ale także brandowanie polskich piw. Jedyne, co mi się w tym wszystkim nie podoba, to jakość użytego papieru etykietowego oraz fakt, że etykiety sa dość niechlujnie naklejane na butelki. Dość często są one przyklejone krzywo i niezbyt dokładnie, co powoduje, że biorąc piwo z półki sklepowej, widzimy, że etykiety po prostu odchodzą od butelki. Nad tym chłopaki z AleBrowaru muszą popracować.

Słowem konkluzji - etykiety mają swoich zwolenników i przeciwników, podobają się i zupełnie nie podobają się, szokują i wywołują uśmiech zadowolenia zarazem. Jednym kojarzą się z pewnym ruchem społecznym, innym zupełnie nie. Jednych denerwują angielskie nazwy, innych bawią, szczególnie dwuznaczność ich. Co chłopakom 'alebrowarowcom' trzeba przyznać, to fakt, że są bardzo oryginalni i nie boją się podejmować kontrowersyjnych decyzji. Ja sam czekam niecierpliwie na kolejne piwo AleBrowaru, a co za tym idzie na kolejną oryginalną komiksową etykietę. Tak trzymać!

niedziela, 13 stycznia 2013

Widawa - Czarny Kur

Przedstawiam piwo Widawa - Czarny Kur.



Zawartość ekstraktu: 12,5% wag.

Zawartość alkoholu: 5,0% obj.

Kolor: czarny, nieprzejrzysty.

Zapach: palonego słodu, wyraźne nuty karmelowe, czekoladowe .

Smak: delikatny, palony, mocne nuty kawowe i bardzo delikatne nuty alkoholowe.

Piana: brunatna, dość wysoka, średnio gęsta, dość szybko opada.

Pasteryzacja: nie.

Termin przydatności do spożycia: ok 4 tygodni.

Opakowanie: butelka 0,5l, bezzwrotna.

Producent: Browar Widawa
 

Podsumowanie:

Kolejnym piwem z Widawy, które dane mi było zdegustować, był Czarny Kur - piwo czarne. Piwo bardzo ładnie prezentuje się w szklance, jest czarne i nieprzejrzyste. Piana także wygląda ładnie, choć mogła by być bardziej zwarta. Troszkę jest dziurawa. Zapach bardzo przyjemny, palony z wyraźnymi aromatami kawowymi i czekoladowe. Naprawdę może przypaść do gustu. Smak także całkiem przyjemny. Mamy tu wyraźne nuty kawowe. Na finiszu dochodzą lekkie nutki alkoholowe, które jakkolwiek całkiem miło się tu komponują. Piwo jest bardzo umiarkowanie wysycone. Pijalność piwa bardzo dobra. W tym piwie nie podoba mi się właściwie tylko jedna rzecz, a jest nią opakowania, a dokładniej etykieta. Bardzo prosta graficznie. No mi się nie podoba. Na plus to kolorystyka oraz wszelkie dane. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo dobre czarne piwo.

Moja ocena: 
Kolor: - 10
Piana: - 7
Zapach: - 9
Smak: - 8
Etykieta: - 4

Ocena końcowa: 8,35/10

Cena: 7,50 PLN [PIWONIA - Warszawa-Natolin]

piątek, 11 stycznia 2013

Kącik Piwnego Melomana - TERRORIZER - World Downfall

Po zeszłotygodniowej publikacji płyty Urszuli, rozległy się głosy domagające się czadów, tylko i wyłącznie ostrego grania. Więc dziś spełniam te prośby i tak jak wspominałem w jednym z komentarzy do zeszłego odcinka KPM, dziś płyta, w której swoje ręce 'maczał' genialny producent i realizator dźwięku Scott Burns. Wahałem się między dwoma albumami, jakkolwiek stanęło na płycie 'World Downfall' grupy Terrorizer. A ta druga płyta? Nazwy jej na razie nie zdradzę, gdyż pojawi się za tydzień.

Album 'World Downfall' został nagrany w 1989 roku i wydany przez Earache (w tamtych czasach była to kuźnia niesamowitych czadów). Wydań tego albumu było dość sporo, tak samo dużo było wersji okładki (jej kolorów). Ja sam mam wydanie MOSH 16 z 1989 roku z okładką czarno-białą. Widziałem już granatowe, zielone. Okładki różnią się także kolorami logo kapeli oraz tytułu albumu. 


Skład na płycie to: Oscar Garcia (wokal), Jesse Pintado (gitara, znany też z takich grup jak Napalm Death czy Brujeria), Dave Vincent (bas, powszechnie znany, jako frontman Morbid Angel) oraz Pete Sandoval (perkusja, także znany jako bębniarz Morbid Angel). Jak możemy zauważyć skład iście gwiazdorski, więc cóż można od takiego bandu oczekiwać? Ano, niezłych czadów!


Album wśród wielu fanów death metalu/grindcore, czy nawet miłośników hard core, jest pozycją kultową. Taką, że gdy podczas jej słuchania, nieostrożnie otworzy się okno, to można mieć pewność, że się wyleci przez to okno. Album rzeczywiście oferuje genialne grindcore'owe czady. Dość mocno rozbudowane stylistyczne i jak na ten gatunek muzyki, dość długie. Jak ktoś spodziewa się albumu w stylu wczesnych nagrań Sore Throat, czy 7 Minutes Of Nausea, to tu tego nie znajdzie. Jakkolwiek, naprawdę jest bardzo ostro i czadowo. Na płycie nie ma słabego numeru, wszystkie są genialne i albumu słucha się, po prostu, od początku do końca z rozdziawioną buzią. Już pierwsze dźwięki albumy, czyli kawałka 'After World Obliteration', mówią nam dość wyraźnie, kto na tym albumie tak naprawdę rządzi. Tym 'rządzicielem' (tak mawia moja chrześniaczka) jest Pete Sandoval. Moim zdaniem, jest to jego apogeum genialnego wręcz talentu i możliwości. W każdym numerze pokazuje swoją fantastyczną klasę i genialne wyczucie instrumentu. Wyczucie rytmu, przejścia - no istne 'miszczostwo świata'! Na albumie cudowne partie rozgrywa także Jesse. Jego kultowe riffy z 'Fear of Napalm', 'Ressurection' czy te bardzo punk'owo brzmiące z 'Corporation Pull-In', znane są każdemu fanowi bardzo ciężkich brzmień. 'Fear of Napalm' został zresztą genialnie zagrany także przez nasz rodzimy Vader (Peter jest wielkim fanem tego albumu). Nieoceniona jest też wartość partii basowych Vincent'a. W każdym numerze, w tle, bulgocze on niczym tarabany wojsk hetmana Żółkiewskiego. Całość dopełnia swoim charczącym wokalem Oskar. Nie będę opisywał wrażeń z każdego utworu, powiem tylko tyle, każdy z nich to po prostu hit. 

Przy okazji tego albumu, nie można pominąć jeszcze jednej osoby, która miała wielki wpływ na genialność tej płyty. Tą osobą jest Scott Burns, który swoim wkładem spowodował, że płyta brzmi, tak jak brzmieć powinna. Jest ciężko, masywnie, ilość potężnej siły, jaka wydobywa się z krążka naprawdę niszczy nasze uszy. Wydanie tej płyty w Earache (w wolnym tłumaczeniu 'ból ucha'), w tym wypadku ma jeszcze lepszy wydźwięk. Naprawdę dźwięki wydobywające się z 'World Downfall' mogą oszołomić tak samo, jak Arjunę oszołomił widok kosmicznej formy Pana!

A za tydzień, jak napisałem wyżej, kolejne spotkanie z amerykańskimi czadami i ze Scott'em Burns'em także!

środa, 9 stycznia 2013

Browar Kopyra & Browar Widawa - Sęp

Przedstawiam piwo Browar Kopyra & Browar Widawa - Sęp.



Zawartość ekstraktu: 16,0% wag.

Zawartość alkoholu: 6,2% obj.

Kolor: złoty, klarowny.

Zapach: intensywny, chmielowy, głównie owocowy (cytrusy i mango), wyczuwalne także delikatne nuty żywiczne.

Smak: bardzo mocno chmielowo-owocowy, wyraźne nuty cytrusowe i mango oraz delikatne sosnowe, w tle oraz na finiszu bardzo mocna, wyraźna chmielowa, troszkę zbyt nachalna goryczka.

Piana: biała, średnio wysoka, gęsta, drobno pęcherzykowa, dość wolno opada do cienkiego otoczku.

Pasteryzacja: nie.

Termin przydatności do spożycia: ok 4 tygodni.

Opakowanie: butelka 0,33l, bezzwrotna.

Producent: Browar Widawa w kolaboracji z Browarem Kopyra
 

Podsumowanie:

W dzisiejszym wpisie, moich kilka słów, na temat bardzo oczekiwanej, ostatniej premiery roku, czyli piwa, które wyszło spod rąk kolaborantów Tomka Kopyry i Wojtka Frączyka, o nazwie Sęp. O tym piwie strasznie dużo się mówiło przed jego premierą, mówi się jeszcze więcej o nim teraz, już dość długo po premierze. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko, że Sęp bardzo mocnym akcentem zakończył rok 2012 i mocnym wejściem, właściwie bez otwierania wrót, wszedł w rok 2013. Zatem zabierzmy się za naszego Sępa. Patrząc na butelkę, od razu nam się rzuca w oczy ilość chmieli użytych w piwie. Jest ich aż 21 różnych: Simcoe, Amarillo, Bravo, Cascade, Columbus, Chinook, Delta, Willamate, Glacier, Fuggle, Cluster, Mount Hood, Centenial, Mosaic, El Dorado, Galena, Warrior, Summit, Apollo, Golding, Citra. Prawda, że dużo? Przed degustacją do głowy przyszła mi pewna myśl: 'Od przybytku głowa nie boli'. Druga półkula mego mózgu podpowiadała mi zupełnie coś innego: 'Co za dużo, to niezdrowo'. Jak to faktycznie wyszło, co otrzymaliśmy i jak to się pije? Piwo ma ładną złotą barwę, jakkolwiek na ekstrakt 16,0%, moim zdaniem jest zbyt jasne. Piana piwa bardzo ładna. Jeśli chodzi o aromat, to otwierając butelkę od razu atakowani jesteśmy owocowo-żywicznymi nutami chmielowymi. Sęp pachnie ładnie, ale jak na moje nozdrza, zbyt intensywnie troszkę i momentami zbyt męcząco. W smaku, podobnie jak w zapachu, dominują nuty chmielowe i tylko takie - cytrusowe, mango i sosnowe. Do tego dochodzi w tle i na finiszu, bardzo silna goryczka. Piwo jest jednowymiarowe, nastawione na jak największą i różnorodną goryczkę. Jest dość treściwe. Wysycone jest umiarkowanie. Butelkę Sępa zdobi przyjemna etykieta, taka bardzo w amerykańskim stylu western'owym. Wszelkie najważniejsze dane, jak zawsze, są zawarte. Jedynie co razi, to kiepska jakość papieru etykietowego. Reasumując, dobre piwo, bardzo pijalne, ale nie szokujące. Naprawdę - bardzo jednowymiarowe. Mam wrażenie, że uwarzone bardziej po to, żeby zaszokować piwną gawiedź ilością użytych amerykańskich chmieli, niźli naprawdę uraczyć sobą piwoszy, smakoszy piw mocno goryczkowych, amatorów stylu AIPA.

Moja ocena: 
Kolor: - 7
Piana: - 10
Zapach: - 8
Smak: - 6
Etykieta: - 8

Ocena końcowa: 7,52/10

Cena: 8,50 PLN [PIWONIA - Warszawa-Natolin]