Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auckland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auckland. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2017

Z wizytą w lokalu Brew on Quay w Auckland

Kończy się październik, kończy się także moja tegoroczna piwna przygoda z Nową Zelandią. Zapraszam was na ostatni odcinek, w którym zabiorę was do jednego z piwnych miejsc w Auckland. Mowa jest o piwnym lokalu Brew on Quay. 


Przechadzając się po nabrzeżnych okolicach Auckland, natknąłem się na to miejsce i postanowiłem wstąpić. Z początku myślałem, że to kolejny browar, jakkolwiek po wejściu wnętrze, jak i obsługa, zweryfikowały moje wyobrażenia. Tak, Brew on Quay, to pub piwny, a nie browar. Na początku, z lekka się rozczarowałem, jednak postanowiłem na chwilę zostać i poznać prawdziwy potencjał tego miejsca. Jak można się domyśleć, Brew on Quay znajduje się przy 102 Quay Street.

W środku, od razu rzuca nam się, taki wystrój pubowy, w stylu angielskim, że tak to ujmę.





Na jednej ze ścian, możemy zauważyć jeden z przyjemniejszych elementów wystroju pubu, czyli kontury wysp nowozelandzkich, wypełnionych  puszkami po piwie. Bardzo mi się to spodobało.



Bar wyposażony jest w dwanaście kranów i jedną pompę, na których, możemy znaleźć dużo nowozelandzkiego piwnego dobra. 




Za barem, można także zauważyć także, dość duży wybór piw butelkowych, nowozelandzkich i europejskich. Ja, jako że w zanadrzu miałem podróż na lotnisko i kolejny lot, to skusiłem się tylko na lany stout ostrygowy. Wybaczcie mi proszę, ale nie pamiętam, jaki browar go uwarzył. 


Akompaniamentem do tej czarnej ambrozji były bardzo pikantne skrzydełka. Obie dobroci przyjemnie zasiliły moje ciało, które po konsumpcji, aprobatę wyraziło wielkim uśmiechem na twarzy. 


Mimo, że miałem ochotę na inne przysmaki, to niestety czas biegł nieubłaganie, więc musiałem się zadowolić tylko powyższymi. Moja wizyta w lokalu, odbywała się w czasie tak zwanego 'lanczu', więc w lokalu było sporo biznesmenów i nie tylko, którzy swoją przerwę pracy, spędzali przy dobrym piwie i równie zacnym jadle. Ach, chciałbym, by w Polsce była taka możliwość, by przerwy obiadowe, można było spędzać przy piwie i nikt z szefostwa, po powrocie do obowiązków pracowniczych, nie miał pretensji o fakt wypicia piwa. 


Słowem podsumowania, Brew on Quay, to bardzo fajny lokal na wypad w trakcie przerwy obiadowej lub na wieczorny melanż. Duży wybór piw na kranach oraz w lodówkach. Do tego fantastyczne jadło. Ceny, hmm, średnio wysokie, ale zarówno jakość pitego piwa, wchłanianego posiłku, jak i fantastycznej obsługi, rekompensuje wydaną ciut większą sumę dukatów. Do tego, lokal położony w samym centrum wielkiego miasta, skąd wszędzie blisko. Mimo faktu, iż nie był to browar, jak wcześniej myślałem, to jestem bardzo kontent z wizyty w Brew on Quay. Na zdrowie!

piątek, 27 października 2017

Z wizytą w browarze Hallertau w Auckland

Kolejnym i zarazem ostatnim browarem, który udało mi się odwiedzić był kolejny browar w Auckland, a mianowicie Hallertau. O tym browarze już wspominałem na samym początku moich nowozelandzkich peregrynacji, a mianowicie we wpisie o browarze Dr Rudi's. Tam to poznałem Stephen'a Wood'a, piwowara Hallertau właśnie. Namawiał mnie mocno na wizytę w browarze, w którym warzy i ostatniego dnia mojego pobytu w Nowej Zelandii pojechałem spędzić wieczór w Hallertau.


Hallertau Brewery, wedle wszystkich informacji, zlokalizowany jest w Auckland, choć do tego powinniśmy podchodzić z lekko przymrużonym okiem, gdyż od centrum Auckland do browaru jest około czterdziestu kilometrów. A więc browar znajduje się przy 1171 Coatesville Riverhead Highway w Riverhead, w okręgu Auckland.

W momencie, gdy dotarłem do browaru, od razu usłyszałem wielki gwar wydobywający się z wnętrza tego piwnego miejsca. Zaraz po wejściu, zobaczyłem, że w środku jest po prostu tłum ludzi. Byłem w wielkim szoku, gdyż browar zlokalizowany daleko od wszystkiego, a przyciąga tak wielką piwną brać. Gdy wszedłem do środka, podszedłem do pewnego dżentelmena, który okazał się menadżerem browaru. Co ciekawe, mój imiennik - Thomas. Gdy opowiedziałem mu historię spotkania Stephen'a i poinformowałem, że dodatkowo mam dla niego polskie piwo, to postanowił ugościć mnie najlepiej, jak tylko umiał. 

Wycieczkę zaczęliśmy od warzelni. Serce browaru to dwuzbiornikowe machinarium o wybiciu 30 hektolitrów.




Chwilę potem znaleźliśmy się w pomieszczeniu ze zbiornikami fermentacyjno-leżakowymi. W sumie jest ich jedenaście, a właściwie trzynaście. Osiem z nich o pojemności 60 hektolitrów, trzy o pojemności 30 hektolitrów. Jest też zbiornik o pojemności 20 hektolitrów, który służy, jako zbiornik na cydr, a także mały zbiornik na ... sztosy.






Dla fanów barrelejdżingu, informuję, że w Hallertau leją także do beczek. Oto fotograficzny dowód


W browarze Hallertau, jest także linia rozlewnicza do butelek.


Na chwilę zaszliśmy również do magazynu słodu, gdzie rządziły słody nowozelandzkie ze stajni Gladfield.


Przyszedł jednak czas na to, co najważniejsze, czyli na piwo. Thomas, po oprowadzeniu po produkcyjnych zakamarkach browaru, zaprosił mnie na degustację pyszności hallertauerowych. Przy browarze działa kilka barów i jest sporo miejsca do siedzenia. 






A z kranów baru leje się naprawdę zacnie. Jako, że do browaru zajechałem autem, to Thomas zrobił mi taką degustację, bym mógł spokojnie potem wrócić do auta i ruszać w dalszą drogę. Właściwie w każdym browarze, obsługa wie, ile takiemu delikwentowi nalać piwa, by nie musiał się martwić o późniejsze konsekwencje. Spójrzcie, jaki zestaw był na kranach.


Jak widać, zacne pozycje, a do tego jeszcze pełne butelki różnych dobrodziejstw ze stałej oraz sezonowej oferty. Udało mi się skosztować wszystkich piw z głównej oferty widocznych powyżej oraz kilka sezonowych i powiem wam, że była to bajka dla duszy i ciała.




Wszystkie piwa przepyszne, niesamowicie aromatyczne. Degustacja każdego z nich, to fenomenalna piwna suita. Jak zawsze w Nowej Zelandii zachwycił mnie pilsner o nazwie Pilsnah oraz Nocturne Double Stout i Nitro Porter Noir. Witbier też pyszny. No, co ja wam tu będę pisał, jak wspominałem wyżej, wszystkie fantastyczne. Z chęcią bym przybył na jakieś kranoprzejęcie tego browaru do jakiejś polskiej knajpy. 

Ale żeby nie pić na sucho, to browar oferuje także świetną kuchnię, pełną różnych dań, wśród których, zaproponowano mi coś, czego nie widziałem i nie próbowałem nigdzie indziej, czyli zestaw sześciu kiełbasek, wyprodukowanych w sześciu różnych rzemieślniczych masarniach na bazie sześciu różnych piw Hallertau.


Gdy gotowe danie ujrzałem podstawione przy mnie, ślinka poleciała mi od razu i nie mogłem się opanować przed skosztowaniem tego. Dlatego wybaczcie mi proszę, ale zapomniałem o zrobieniu fotografii tej mięsnej ambrozji. Danie wyśmienite, kiełbachy pyszne, super zaprawione, a najlepsze z zestawu, to numery 3 i 4, czyli kiełbasy na bazie Pale Ale i Red Ale. Hmm, ciekawym jestem, który polski browar rzemieślniczy, wpadnie jako pierwszy na podobny pomysł. Najszybciej przychodzi mi do głowy Kingpin, gdyż znając kulinarne zapędy Michała Kopika i jego zamiłowanie do mięsa, myślę, że szybko podchwyci temat.

Po degustacji i po tak świetnej kolacji, byłem wprost oniemiały jakością piwa i dania i żeby piwa browaru nie były tylko wspomnieniem, to postanowiłem zakupić jeszcze trzy butelkowe arcydzieła, w postaci Barley Wine, Chardonnay Barrel Aged Sour Ale oraz leżakowanego w beczce porteru. Ten ostatni jeszcze czeka na degustację, a dwa wcześniejsze już wchłonięte w domowym, polskim zaciszu. 


Za całość degustacji, chciałbym podziękować Thomas'owi oraz Stephen'owi (tego ostatniego danego dnia nie było, gdyż sędziował w jednym z nowozelandzkich konkursów piw), za wspaniały pobyt w browarze Hallertau. Było to niesamowite, metafizyczne, piwne przeżycie, dzięki któremu wiem, że jeszcze, jak zdrowie pozwoli, to wrócę ponownie do Nowej Zelandii, która to pod względem piwnym, oferuje bardzo wiele bogactwa. Widząc te moje ostatnie słowa, pewnie już wiecie, że będąc w Nowej Zelandii, warto wybrać się autem poza Auckland, by skosztować prawdziwego mistrzostwa browarniczego. Wizyta w tym browarze to konieczność, obowiązek i wyraz szacunku wobec miejscowego piwowarstwa.

wtorek, 10 października 2017

Z wizytą w browarze Brothers Beer w Auckland

Kolejnym przystankiem na moim nowozelandzkim szlaku, był kolejny browar zlokalizowany w centrum Auckland, a mianowicie Brothers Beer. Dokładniej, można rzec, że odwiedziłem jedną z jego trzech lokalizacji w tym największym nowozelandzkim mieście. Ta, którą ja odwiedziłem mieści się przy 90 Wellesley Street West.


Miejsce to, czynne jest codziennie w godzinach od 12:00 do 22:00. Gdy ja przyszedłem do Brothers Beer, było już po 20:00 i tuż po wejściu do środka, pierwszą rzeczą, którą da się zauważyć, jest przeraźliwa ciemność, co mi akurat niezbyt się podobało.


Poza tym wnętrze, trochę takie hipsterskie, choć bardzo przytulne. Stare, takie troszkę socrealistyczne fotele robią klimat, który niszczony jest przez wielki telewizor, na którym tego były tylko nowozelandzkie wiadomości, w którym głównym tematem były wybory.


Ale, gdy dochodzimy do tablicy z wyszczególnionymi piwami, które są podpięte do kranów, to humor się poprawia. 


Ale zanim przejdziemy do piw. to napiszmy co nieco o tym, co w browarze najważniejsze. Otóż, browar przy Wellesley Street wyposażony jest w małą warzelnię o pojemności 200 litrów. W browarze znajduje się także pięć tanków fermentacyjno-leżakowych o pojemności 400 litrów każdy. Główny browar Brothers Beer znajduje się przy 5 Akiraho Street i to tam powstaje większość piw browaru. Te warzone w miejscu, które odwiedziłem, służą głównie zapotrzebowaniu tegoż właśnie lokalu.






A w Brothers Beer warzy się naprawdę nieźle, choć poprzeczka postawiona przez poprzednie browary była bardzo wysoko postawiona. Lokal zaopatrzony w 18 kranów, z czego na siedmiu podpięte były piwa browaru. W trakcie mojej wizyty, zamówiłem dwie deski degustacyjne. Każda z nich to pięć różnych piw po 150 ml. Na pierwszy ruszt poszły: Tropical (Golden Ale), IPA, Pilsner, Pale Ale oraz Black (Dark Ale).



Wszystkie powyższe piwa dobre, ale jakoś nie oszołamiające. Intensywność aromatu na średnim poziomie. Pozbawione wad. Na drugą nóżkę wziąłem kolejne piwa Brothers Beer, czyli Amber (Red Ale) i Lager. Do tego dołożyłem Gypsy Rose (Rose water IPA) z Outller Cartel, Hoppy Wit (Wirbier) z Sawmill i Pohutukawa Ale (Farmhouse Ale) z browaru Piha.


Z tego zestawu genialnością biły szczególnie piwa z Sawmill i Piha. Pozostała trójka dobra, ale bez szału, jak poprzednia deska. Co interesujące, to koszt takiej deski degustacyjnej to 25 dolarów nowozelandzkich. Oprócz piw na kranach, lokal oferuje cała gamę nowozelandzkich i zagranicznych piw w butelkach i puszkach, które można sobie samemu, swobodnie wziąć z jednej z lodówek, w które wyposażony jest lokal.


Jako, że po wypiciu piw degustacyjnych, zrobiło mi się bardzo przyjemnie, to postanowiłem zostać nieco dłużej i skosztować czegoś z lodówki właśnie. Wybrałem dwa bardzo ciekawe piwa, czyli Imperial Nibs z Kereru Brewing Company oraz Funkwit z Schipper's Beer Company. Oba piwa rodzime. Pierwszy z nich, to imperialny porter z dodatkiem kakao, wanilii i kokosa. Cóż napisać o nim? Dla mnie miód w gębie. Piwo doskonałe, bardzo pyszne. Natomiast, jeśli chodzi o Funkwit, to po genialnym imperialnym porterze, już tak wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił. Mój błąd.



Oprócz piwa, lokal słynie także bardzo dobrej pizzy, którą zamawia prawie każdy, który odwiedza to miejsce. Pizza dostępna jest w wielu w wariantach i kosztuje 17 dolarów nowozelandzkich. Oprócz tego, można posilić się skrzydełkami, pieczonymi ziemniakami oraz pieczywem czosnkowym.

Dziwnym i zaskakującym elementem tego miejsca jest toaleta, która zlokalizowana jest w budynku naprzeciwko, tak po przekątnej, około 20 metrów od lokalu. Przyznam się, że nie spodziewałem się tego i lekko mnie to zaskoczyło. No, ale co kraj, to obyczaj.

Ogólnie rzecz ujmując, Brothers Beer, oferuje szeroką gamę piw swojej produkcji, a także innych nowozelandzkich i zagranicznych browarów. Można tu także, całkiem smacznie się posilić. Będąc w Auckland, nie sposób pominąć ten lokal, zwłaszcza wtedy, gdy wiemy, że znajduje się w centrum i to koło jednego z większych sklepów z dobrym piwem.