Przedostatnim browarem, który udało mi się podczas ostatniego mojego wypadu do Budapesztu odwiedzić, był Parabolic Lazarus Brewery.
Browar odwiedziłem przedostatniego dnia pobytu wieczorem i szczerze mówiąc miałem ochotę odwiedzić jeszcze jeden potem, ale atmosfera browaru i to co tam zastałem spowodowało, że zagrzęzłem tam do zamknięcia lokalu i potem już mi się nie chciało nigdzie iść. Zacznijmy jednak od początku.
Browar mieści się przy ulicy Lázár 4, można powiedzieć w samym centrum stolicy. Jest czynny sześć dni w tygodniu, w godzinach: wtorek-niedziela 16:00-22:00. Jak widać, w poniedziałki browar robi sobie wolne.
Przekraczając próg lokalu i kierując się w dół, w podpiwniczenie, po prawej stronie, za szybą mijamy browar, a na wprost mamy sale restauracyjną, którą wieńczy bar.
Docierając do tego ostatniego, zauważyłem, że goście zamawiający piwo, razem z barmanką, rozmawiają po rosyjsku, co cholernie mi się spodobało. Okazało się bowiem, że jest to browar Rosjanina Andrieja Morozova, który od kilku lat mieszka w Budapeszcie i tu postanowił otworzyć browar i warzyć w tym miejscu piwo.
W ogóle, okazało się, że nie tylko klienci przy barze i stympatyczna kobieta za barem - Anna, to są Rosjanie, ale też - oprócz mnie - cała klientela to ludność z Rosji. Szczerze, bardzo miło mi się zrobiło, bo ja mówiący po rosyjsku, mogłem tego wieczoru sobie podszliwować tenże język.
Ekipa browaru, głównie Andriej, widząc ten fakt od razu zaczął ze mną rozmawiać i zaprosił na wycieczkę do swojego mikroskopijnego browaru. Browar, to de facto gar warzelny, kadź filtracyjna i pięć tankofermentorów. Wszystko mieści się na około trzydziestu metrach kwadratowych. Sami zobaczcie, jakie to małe.
Tam szybka pogawędka o browarze o zamiłowaniu Adrieja do warzenia i degustacja piwa z tanku.
Potem szybki powrót na bar i degustacja piw będących na kranach. Tego dnia, dostępne były: Maneater (West Coast IPA), The Phantom of the Opera (Milk Stout), Agent Orange (Belgian Orange IPA), Cherry Ale oraz Blondy Mary (Spiced Tomato Ale).
Od razu zaznaczam, że te ostatnie tylko spróbowałem i odpuściłem sobie większą miarkę. Wynalazków, typu Bloody Mary, czy Michelada, stety, albo niestety, nie trawię. Pozostałe cztery były ok, nawet bardzo ok, szczególnie 'łest kołst' i 'stałcik', choć ten drugi, taki bardziej 'guinnessowy', niźli mleczny. Pomarańczowy Agent to piwo, dla koneserów 'hejzi ipek' i zestu pomarańczowego. Dla mnie za ... pomarańczowe. Jednakże, to co mnie najbardziej zaskoczyło, to Cherry Ale, które tego wieczoru okazało się numerem jeden na kranach Parabolic Larazur Brewery. Niezbyt słodkie i niezbyt cierpkie zarazem. Takie w sam raz, jak na piwo owocowe. Wypiłem chyba z 4 miarki (300 mililitrów każda) tego wiśniowego wywaru. Naprawdę zaskakująco pyszna rzecz.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz